W poniedziałek rano, kiedy weszłam do klasy, zaskoczyła mnie nienaturalna cichość. Dzieci siedziały prosto jak na apelu, ale w kącie coś trzasnęło — ktoś przygryzł dłoń, żeby nie parsknąć. Podeszłam do biurka, odwiesiłam torbę na oparcie krzesła i wtedy zobaczyłam, że drewniane siedzisko jest grubo wymazane kredą. Tak grubo, że została na nim wyraźna, biała warstwa.
Nie powiedziałam ani słowa. Wzięłam wilgotną ściereczkę z brzegu biurka, starłam kredę, potem podeszłam do tablicy i napisałam: „Temat: Pisownia rz i ż". Odwróciłam się, wytarłam palce o krawędź spódnicy i poprosiłam, żeby otworzyli ćwiczenia. Przez czterdzieści minut udawałam, że nic się nie stało. Dopiero gdy zadzwonił dzwonek, z szumem krzeseł zerwali się do wyjścia.
Przy biurku został tylko jeden chłopiec, chudy, w wypranej flanelowej koszuli, zapiętej pod samą szyję. Miał czerwony tornister z urwanym suwakiem.
— Pani nie myśli, że oni są źli — odezwał się cicho, patrząc na czubki swoich butów. — To znaczy… są, ale nie naprawdę.
Czekałam, nie przerywając mu.
— W zeszłym roku był praktykant — dodał po chwili, jakby się zawstydził, że w ogóle zaczął. — Pinezkę mu podłożyli. Uciekł po dwóch tygodniach. Pani chyba nie ucieknie.
— Jak masz na imię? — zapytałam.
— Janek Kowalczyk. Mieszkam przy Lipowej, dwa domy od szkoły. Jakby pani potrzebowała drewna przynieść albo coś naprawić, to proszę przyjść, tata pozwoli.
— Dziękuję, Janek. Na razie daję radę, ale będę pamiętać.
Tej nocy w moim pokoju pachniało wapnem i starym kaloryferem. Dom nauczycielki stał tuż za szkołą, więc przez okno widziałam ciemny plac zabaw i psa Bura, który spał pod trzepakiem. Nie wiem, czemu pomyślałam wtedy o Janku. Może przez to, że jako jedyny nie uciekł z klasy.
Tydzień później, na lekcji muzyki, dzieci miały śpiewać pieśń o Sanie. Zaczęłam pierwszy wers, żeby je rozruszać, a potem usłyszałam głos, który szedł z końca sali. Czysty, niski, zupełnie dziecięcy, a zarazem nie stąd. Janek śpiewał z głową pochyloną nad zeszytem, jakby się wstydził, ale każda nuta niosła się po klasie. Dwa razy zmyliłam rytm.
Po lekcji podeszłam do niego.
— Słuchaj, masz naprawdę dobry głos. Chciałabym, żebyś wziął udział w konkursie w Miejskim Domu Kultury. To nic strasznego, występ dla dzieci. Pomogę ci przygotować piosenkę.
Janek zbladł.
— Nie wiem, czy tata…
— Porozmawiam z twoim tatą — obiecałam. Wtedy nie wiedziałam, co to znaczy.
Nazajutrz, podczas przerwy, ktoś zapukał do klasy. Potem nie czekał na odpowiedź, tylko pchnął drzwi. Do środka wszedł mężczyzna w roboczych butach z podeszwami z grubej gumy. Pachniało od niego olejem do pił.
— Pani jest ta nowa nauczycielka? — zapytał bez dzień dobry.
— Anna Nowicka. A pan to…
— Kowalczyk. Ojciec Janka. Pani mu robi wodę z mózgu jakimiś śpiewami?
Patrzył na mnie, a ja poczułam, jak drewniana linijka w mojej dłoni robi się mokra od potu.
— Panie Kowalczyk, usiądźmy. — Wskazałam mu pierwszą ławkę, ale on nie ruszył się z progu.
— Jankowi trzeba pomagać w gospodarstwie. Krowy wygnać, drwa poukładać. A on wieczorami pod lustrem staje i jakieś nuty bierze. Artystów nam w domu nie potrzeba.
— Pana syn ma wyjątkowy głos — powiedziałam. — Naprawdę.
— A pani ma wyjątkowo mało rozumu, jak na nauczycielkę. — Oparł dłoń o framugę i dodał ciszej: — Ja nie chcę, żeby pani w to wchodziła. Mój syn nie pójdzie do żadnego domu kultury. Koniec.
Nie krzyczałam. Podeszłam do biurka, nalałam wody do szklanki, postawiłam przy ławce. Pan Kowalczyk patrzył na tę szklankę, jakbym podała mu coś gorącego.
— Niech pan chociaż posłucha, jak on śpiewa — powiedziałam. — Potem powie pan, że to głupota.
Nie odpowiedział. Wyszedł, a za nim została cisza, w której słyszałam własny zegar na ścianie.
Przez kilka dni Janek udawał, że nic się nie stało, ale widziałam, że na lekcjach zamyka się w sobie. Gdy pytałam, odpowiadał, że w porządku. Potem przyłapałam go, jak na przerwie siedzi w kącie szatni i czyta tekst piosenki, którą mu dałam. Schował kartkę tak szybko, że zostawił na podłodze ślad z mokrego buta.
To nie była zwykła prośba. To była walka o coś, czego chłopiec sam nie umiał nazwać. Nie mogłam tak po prostu odpuścić, bo ja pierwsza usłyszałam, co on ma w środku.
Zgłosiłam go do konkursu bez pozwolenia ojca — na własną odpowiedzialność, jako opiekun szkolny. Przez tydzień uczyłam go po lekcjach, zamykając drzwi sali muzycznej, żeby nikt z rodziny się nie dowiedział. W sobotę pojechaliśmy autobusem szkolnym do Miejskiego Domu Kultury. Janek śpiewał drugi w kolejności, w za dużej marynarce pożyczonej od kuzyna. Głos mu się łamał ze strachu przez pierwsze dwa wersy, a potem wyrównał i poszedł czysto, aż do końca. Dostał wyróżnienie i dyplom z niebieskim nadrukiem. Ale ważniejsze było to, co powiedziała mi po występie kobieta z komisji — emerytowana śpiewaczka z Rzeszowa, która prowadziła tam prywatne lekcje.
— Ten chłopiec powinien ćwiczyć regularnie. Szkoda by było zmarnować taki głos.
To ona podsunęła mi myśl o stypendium.
W piątek po lekcjach wsiadłam do autobusu PKS do Rzeszowa. Kosztował 14 złotych 80 groszy. W teczce miałam dyplom z konkursu, nagranie występu i podanie o stypendium na indywidualne lekcje u tej śpiewaczki. W Kuratorium Oświaty rozmawiałam z urzędniczką, która przez pół godziny patrzyła na mnie jak na wariatkę.
— Prosi pani o fundusz na lekcje muzyki dla dziecka, którego ojciec jest przeciw? — zapytała.
— Tak. Bo to jedyny sposób, żeby ojciec się zgodził. Gdybym mogła mu powiedzieć: wszystko już zapłacone, nic pana nie kosztuje, miałby mniej powodów do krzyku.
Urzędniczka przeglądała papiery, potem podniosła na mnie oczy. Miała czerwone paznokcie i herbatę w szklance z metalowym koszyczkiem.
— Ma pani naprawdę dużą wiarę w tego chłopca.
— Mam.
Wróciłam do Sanoka po zmroku, z papierami w torbie. Stypendium wynosiło trzysta pięćdziesiąt złotych miesięcznie na rok, na lekcje śpiewu w Rzeszowie, raz w tygodniu. Nie zawiadomiłam o tym Janka. Najpierw musiałam wygrać u ojca.
Przyszłam w sobotę rano. Brama była zamknięta, więc zapukałam w blaszane skrzydło. Z podwórka dobiegło szczekanie psa, potem kroki. Pan Kowalczyk otworzył i stanął tak, że musiałam mówić do jego ramienia.
— Czego pani tu szuka?
— Pokazać panu coś. I powiedzieć, że pana syn wystąpił na konkursie w zeszłą sobotę. Dostał wyróżnienie.
Zesztywniał, ale nie zamknął drzwi. Weszłam do kuchni, pachniało smażoną cebulą i naftaliną. Na stole leżał nóż i poskładana gazeta. Wyjęłam z teczki pismo ze stemplami i dyplom.
— Janek dostał stypendium. Trzysta pięćdziesiąt złotych miesięcznie. Zajęcia w Rzeszowie, raz w tygodniu, po lekcjach. Jeśli pan się nie zgodzi, pieniądze przepadną. A jeśli pan się zgodzi, chłopiec ma opłacone lekcje i nie odciągnę go od obowiązków. Wraca do domu przed wieczorem. Krowy rano i tak wypędzi, bo zajęcia są o szesnastej trzydzieści.
Pan Kowalczyk nie wziął papieru. Stał i czytał z mojej dłoni, potem sięgnął po dyplom i obrócił go pod światło, jakby sprawdzał, czy nie jest podrobiony.
— Trzysta pięćdziesiąt? — zapytał.
— Tak.
— Kto za to płaci?
— Fundusz wojewódzki. To nie wasze pieniądze.
Długo milczał, wodząc kciukiem po brzegu dyplomu. Potem odłożył go na gazetę, odszedł od stołu, otworzył szafkę, wyjął butelkę oleju i nalał trochę na patelnię. Cebula zaskwierczała.
— Niech pani siada — powiedział przez ramię. — Ja obiad zjem z panią i z Jankiem, jak żona wróci z targu. Ale on musi być w domu przed ciemną nocą. I żadnych głupot z artystami.
Usiadłam przy tym stole, na którym leżał nóż i gazeta. Z kieszeni wystawała mi kartka z tekstem piosenki, którą oddał mi Janek. Wiedziałam, że nie muszę nic więcej mówić.
W poniedziałek rano Janek czekał na mnie przy wejściu do szkoły. W ręku trzymał ten sam czerwony tornister, ale suwak był już naprawiony.
— Pani Anno, tata powiedział, że jak chcę, to mogę. Ale że pani ma mnie pilnować.
— Będę cię pilnować — obiecałam. — A jak pojedziesz na pierwszą lekcję do Rzeszowa i wrócisz cały, to pójdziemy razem na lody. Za moje pieniądze.
Miesiąc później usłyszałam, jak Janek śpiewa w sali muzycznej, tuż po powrocie z drugiej lekcji u śpiewaczki. Tym razem nie ze spuszczoną głową, tylko z twarzą uniesioną. Wysoki dźwięk odbił się od okien i poszedł nad San, nad Lipową, nad dach domu nauczycielki. Za oknem pies Bur podniósł łeb znad trzepaka i nasłuchiwał, dopóki ostatnia nuta nie ucichła w powietrzu.






