– Wiem o twoich zdradach, – powiedziała żona. Viktor zesztywniał. Nie, nie drgnął. Nawet nie pobla…

Wiem o twoich przygodach powiedziała żona. Witold zesztywniał.

Nie, nawet nie drgnął. Nie pobladł choć wewnątrz czuł, jakby ktoś wcisnął mu żołądek w papierową kulkę, którą się gniecie, zanim wrzuci do śmieci. Po prostu zamarł.

Lidka stała przy kuchence, mieszała coś w garnku. Zwykła poza plecy do męża, fartuszek w drobne kropki, zapach smażonej cebuli. Swojsko, cieple domowo. Ale głos miała jak speakerka TVP, kiedy zapowiada najważniejsze wiadomości.

Witold przez chwilę sądził, że się przesłyszał. Może powiedziała o ogórkach że wie, gdzie dobre sprzedają? Albo o sąsiedzie z czwartego piętra, co Fiata sprzedaje?

Ale nie.

O wszystkich twoich przygodach powtórzyła Lidka, dalej nie odwracając głowy.

Teraz naprawdę przeszedł go chłód. Bo w jej tonie nie było w ogóle histerii, przejęcia czy żalu. Nie było tego, czego zawsze się bał: łez, wywrotek, trzasku talerzy. To była tylko sucha informacja. Jakby powiedziała: chleb się skończył.

Pięćdziesiąt trzy lata Witold miał na karku. Trzydzieści przeżytych z tą kobietą. Znał ją lepiej niż własną lewą dłoń gdzie ma pieprzyk na ramieniu, jak marszczy nos próbując zupę, jak wzdycha do kawy. Ale tego tonu wcześniej u niej nie słyszał.

Lidka… zaczął, lecz głos ugrzązł mu w gardle.

Odchrząknął. Spróbował jeszcze raz.

Lidko, co masz na myśli?

Odwróciła się. Patrzyła długo, spokojnie, patrzyła jakby widziała go pierwszy raz. Albo jakby przeglądała stare, wyblakłe zdjęcie, z którego już nic się nie da odczytać.

Na przykład o Marioli rzuciła. Tej z księgowości. To był dwa tysiące osiemnasty, nie mylę się?

Witold poczuł, jak podłoga pod nim mięknie. Dosłownie podłoga się rozpuściła, a on zawisł gdzieś w powietrzu.

Boże. Mariola?

Nawet dobrze jej twarzy nie pamiętał. Jakaś historia na integracji w firmie? Chyba tak. Krótko. Bez znaczenia. Obiecał sobie wtedy już nigdy więcej.

I jeszcze Wanda dodała Lidka, jakby podsumowywała zakupy. Ta z siłowni. Dwa lata temu.

Otworzył usta i znowu zamknął.

Skąd ona o Wandzie wie?!

Lidka wyłączyła palnik. Zdjęła fartuszek powoli, starannie, złożyła na pół. Usadowiła się przy stole.

Chcesz wiedzieć, jak się dowiedziałam? zapytała. Czy ważniejsze, czemu milczałam?

Witold milczał. Nie z wyboru nie potrafił wydusić słowa.

Pierwszy raz, zaczęła Lidka, coś poczułam dziesięć lat temu. Zacząłeś się spóźniać po piątki. Wracałeś taki… rozświetlony, radośniejszy. Pachniałeś perfumami.

Zaśmiała się gorzko, bez radości.

Myślałam: przesadzam. Może w pracy ktoś nowy pachnie. Wmawiałam sobie przez miesiąc. A potem znalazłam rachunek restauracyjny w kieszeni twojej marynarki. Kolacja dla dwojga. Wino. Deser. Nigdy do tej knajpy razem nie szliśmy.

Witold chciał się tłumaczyć, kłamać jak zwykle, ale słowa ugrzęzły gdzieś pomiędzy żołądkiem a przełykiem.

Wiesz, co zrobiłam? spojrzała mu w oczy. Popłakałam w łazience. Potem się umyłam. Zrobiłam kolację. Powitałam cię z uśmiechem. Córce nic nie powiedziałam miała piętnaście lat. Egzaminy, pierwsza miłość. Po co miała wiedzieć, że tata…

Urwała. Przesunęła dłonią po stole, jakby ścierała niewidzialny kurz.

Myślałam: przejdzie. Każdy facet kryzys wieku średniego, hormony, głupotki. Wróci i będzie po staremu. Najważniejsze żeby rodzina była.

Lidka… wykrztusił Witold.

Nie przerywaj. Daj mi skończyć.

Zamilkł.

Potem była druga. Trzecia. Czwarta. Straciłam rachubę. Twój telefon zawsze bez hasła. Myślałeś, że nie zaglądam? Czytałam rozmówki. Te smsy: Tęsknię, misio, Jesteś najlepszy. Zdjęcia jak je tulisz, śmiejesz się z nimi. Głos jej zadrżał pierwszy raz. Zebrała się w sobie. Wciągnęła głęboko powietrze.

I coraz częściej pytałam się samej siebie: po co mi to? Po co żyć z kimś, kto mnie nie kocha?

Kocham cię! wydusił z siebie Witold. Lidka, ja…

Nie powiedziała stanowczo. Nie kochasz. Kochasz wygodę. Czyste mieszkanie. Ciepły obiad. Wyprasowane koszule. Kobietę, która nigdy nie pyta.

Wstała. Podeszła do okna. Patrzyła w czarną noc.

Wiesz, kiedy zdecydowałam? rzuciła przez ramię. Miesiąc temu. Córka wpadła na weekend. Piłyśmy herbatę tutaj w kuchni. Powiedziała: Mamo, jesteś dziwna. Jakbyś była kimś obcym. I ja wtedy pomyślałam: Boże, ona ma rację. Żyję nie swoim życiem od dekady.

Witold patrzył na jej proste, napięte plecy i nagle pojął traci ją. Nie może stracić. Traci. W tej właśnie chwili.

Nie chcę się rozwodzić powiedział zachrypniętym głosem. Lidka, proszę.

A ja chcę odpowiedziała zwyczajnie. Papiery już złożone. Za miesiąc sprawa.

Dlaczego teraz?! wybuchł Witold. Po tylu latach?!

Lidka odwróciła się. Patrzyła przez długą chwilę. I uśmiechnęła się smutno.

Bo zrozumiałam, że nigdy mnie nie zdradziłeś, Witku. Bo zdradzić można tylko kogoś, kto się liczy. Ja dla ciebie po prostu byłam. Zawsze. Jak powietrze.

I to była prawda.

Witold siedział na kanapie, nagle jakby starszy o dziesięć lat. Lidka stała w drzwiach do przedpokoju. Między nimi trzy dekady małżeństwa, wspólna córka, mieszkanie, gdzie każdy kąt pamiętał ich oboje. I przepaść głęboka, nie do przejścia.

Wiesz przecież szepnął że zginę bez ciebie.

Nie zginiesz, przeżyjesz ucięła. Jakoś.

Nie! rzucił się na równe nogi. Lidka, zmienię się, przysięgam! Już żadnych…

Witek… uniosła rękę. To nie o nie chodzi. Wcale nie.

O co więc?

Milczała, szukała słów tych, których się bała, których nigdy nie umiała powiedzieć.

Wiesz, jak się wtedy czułam? Zawsze, po każdej twojej Marioli czy Wandzie Leżałam koło ciebie i czułam się niewidzialna. Niczego nie ukrywałeś! Telefon leżał odkryty. Koszule do prania rzucałeś z jej szminką na kołnierzyku. Byłeś pewien, że jestem idiotką. Ślepą.

Witold zamrugał, jakby dostał w twarz.

Nie chciałem…

Nie chciałeś? podeszła blisko. Oczy błyszczały nie od łez. Od furii. Latami tłumionej, która naraz wystrzeliła. Po prostu o mnie nie myślałeś. W ogóle. Czy kiedy całowałeś inną, miałeś w głowie: Żona się nie dowie? Czy raczej: Co za różnica?

Milczał.

Bo prawda była gorsza.

On po prostu nigdy jej nie widział była oczywistością. Wiedział, że się nie ruszy. Zawsze będzie.

Wracałeś po kolejnych eskapadach i wszystko dalej było po staremu. Żona na miejscu. Rodzina w komplecie. Wszystko gra.

Odwróciła się.

A mnie nie było w tej twojej układance. W ogóle.

Witold zrobił krok. Wyciągnął rękę żeby dotknąć jej ramienia.

Lidka odsunęła się.

Nie próbuj powiedziała cicho, zmęczonym głosem. Za późno.

Złapał ją za dłonie.

Lidka, proszę! Daj mi szansę! Naprawdę się zmienię!

Patrzyła na ich splecione palce. Na jego twarz wykrzywioną, przerażoną. I zrozumiała: on się nie boi jej stracić. On się boi być sam.

Wiesz powiedziała miękko, uwalniając się ja też się bałam samotności. Być bez ciebie. Bez domu. Ale wiesz co?

Sięgnęła po torebkę. Klucze.

Jestem sama już od dawna. Przy tobie sama.

I odeszła.

Minęły trzy tygodnie.

Witold siedział w pustym mieszkaniu Lidka przeprowadziła się do córki zaraz po tamtej rozmowie i przeglądał telefon. Mariola z księgowości. Wanda z siłowni. Jeszcze dwa, trzy imiona, co kiedyś coś znaczyły.

Wybrał numer Wandy.

Odrzuciła.

Napisał do Marioli odczytała bez odpowiedzi.

Pozostałe nawet nie przeczytały.

Dziwna sprawa: gdy miał rodzinę, wszystkie chciały się z nim widywać. Teraz, kiedy jest teoretycznie wolny…

Nikomu niepotrzebny.

Siedział na tej kanapie, w mieszkaniu, które stało się nagle ogromne i obce i pierwszy raz od pięćdziesięciu trzech lat czuł się naprawdę samotny.

Znów wziął telefon. Znalazł Lidka. Długo patrzył na ekran. Palce mu drżały.

Wystukał wiadomość. Skasował. Napisał drugi raz. Skasował.

Potem napisał zwyczajnie: Czy możemy się zobaczyć?

Odpowiedź przyszła po godzinie: Po co?

Witold się zamyślił. Co napisać? Przepraszam? Za późno. Wróć? Śmieszne. Już się zmieniłem? Kłamstwo.

Napisał prawdę:

Chciałbym spróbować od nowa. Czy mogę?

Zobaczył trzy migające kropki. Znikły. Pojawiły się znów.

I przyszedł krótki sms:

Przyjdź w sobotę. Do córki. O czternastej. Porozmawiamy.

Witold odetchnął.

Nie wiedział, co będzie. Czy wybaczy. Czy wróci. Czy w ogóle ma prawo do drugiej szansy.

Spojrzał na obrączkę na palcu.

I pierwszy raz od lat poczuł gotowość zacząć wszystko od nowa.

Jeśli pozwoli.

Czy Lidka powinna przez tyle lat przymykać oczy na zdrady męża? Może od początku powinna wywrócić cały świat do góry nogami? Jak myślicie?

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

18 − 16 =

– Wiem o twoich zdradach, – powiedziała żona. Viktor zesztywniał. Nie, nie drgnął. Nawet nie pobla…