W 2018 roku miałem 34 lata i nazywałem się Rafał Jankowski. Całe życie mieszkałem w małej miejscowości pod Radomiem. Od zawsze marzyłem, żeby wyrwać się z biedy i zapewnić sobie oraz żonie, Mirosławie, nowe życie. Uwierzyłem, że hodowla świń może być kluczem do sukcesu.
Wynająłem opuszczony kawałek górskiej działki niedaleko Nowego Sącza, by zrobić tam małą chlewnię.
Wszystkie oszczędności wydałem, zaciągnąłem nawet kredyt w PKO BP, wybudowałem chlewy, wykopałem studnię głębinową, a potem kupiłem 30 prosiąt.
Gdy przywoziłem pierwszą partię świń pod górę, dumnie powiedziałem wtedy Mirosławie, mojej żonie, która miała wtedy 31 lat:
Poczekaj jeszcze trochę. Za rok będziemy mogli postawić własny dom.
Początkowo wszystko szło jak po maśle. Ale do czasu. Już po trzech miesiącach afrykański pomór świń uderzył w polskie hodowle na Mazowszu i Małopolsce. W ciągu tygodni upadały kolejne gospodarstwa. Wokół unosił się zapach dymu, bo wielu sąsiadów paliło całe chlewnie, żeby zatrzymać plagę.
Mirosława coraz częściej się bała.
Sprzedajmy je, dopóki są jeszcze zdrowe błagała mnie.
Ale ja byłem zawzięty.
To minie. Trzeba tylko przeczekać przekonywałem.
Od ciągłych zmartwień i bezsennych nocy sam osłabłem. W końcu wylądowałem w szpitalu w Tarnowie z przemęczenia i stresu. Miesiąc leżałem u teściów na wsi dochodząc do siebie.
Kiedy wróciłem pod Nowy Sącz, połowa świń już nie żyła. Pasza podrożała dwukrotnie. Bank zaczął upominać się o raty kredytu.
Co noc, gdy deszcz bębnił o faliste blachy w chlewie, czułem, że wszystko mi się wali.
Aż któregoś wieczoru, po kolejnym telefonie od wierzyciela, usiadłem przy stole i wyszeptałem do siebie:
Już po wszystkim.
Następnego ranka zamknąłem chlewnię na głucho. Oddałem klucz właścicielowi ziemi, panu Tadeuszowi, i zszedłem z góry, nie mając odwagi patrzeć, jak niszczeje moje marzenie.
Przez pięć długich lat nie wracałem w tamto miejsce.
Przeprowadziliśmy się z Mirosławą do Warszawy i zaczęliśmy pracować w fabryce. Żyło nam się skromnie bez luksusów, ale spokojnie.
Kiedy ktoś wspominał o chlewniach, tylko się krzywiłem.
Po prostu nakarmiłem te góry swoimi pieniędzmi powtarzałem z goryczą.
Aż na początku tego roku zadzwonił pan Tadeusz. Głos mu się trząsł.
Rafał… Musisz przyjechać na górę. Twoja stara chlewnia… wydarzyło się coś niesamowitego.
Następnego dnia przejechałem ponad 40 kilometrów w stronę Nowego Sącza. Dawna dróżka zarosła trawą, miejscami zdziczała, wyglądała jak opuszczona od lat.
Z każdym krokiem ściskało mnie w piersi.
Czy z chlewni została tylko ruina?
A może nawet nie będzie śladu po moim dawnym marzeniu?
Gdy wyszedłem zza ostatniego zakrętu, zamarłem.
Widok był inny, niż sobie wyobrażałem.
Zamiast ruiny zobaczyłem miejsce, które tętniło życiem.
Zardzewiały dach chlewu porastały winorośle i dzikie rośliny. Po błotnistych wybiegach ślady dawnej budowy zlały się z lasem. Wokół wyrosły wysokie drzewa, a stara ścieżka ledwo przebijała się przez zarośla.
Ale to nie to mnie najbardziej zaskoczyło.
Usłyszałem chrząknięcia.
Chrum… chrum…
Zamarłem w bezruchu.
Powoli podszedłem do ogrodzenia, całkowicie schowanego w trawach. Gdy zajrzałem do środka, cofnąłem się w osłupieniu.
Były tam świnie.
I to nie dwie, czy trzy całe stado.
Wielkie, masywne, część z nich biegała z prosiętami.
Trzydzieści prosiąt, które zostawiłem przed laty, zamieniło się w ogromne stado.
Niemożliwe… szepnąłem.
Pan Tadeusz, który szedł kawałek za mną, podszedł bliżej.
No właśnie! O tym chciałem ci powiedzieć powiedział cicho. Nie zginęły.
Ale jak one tu przeżyły? dopytywałem nie mogąc uwierzyć w to, co widzę.
Pan Tadeusz usiadł na kamieniu obok.
Kiedy wyjechałeś, jeszcze kilka świń było w środku. Przewróciły płot i pouciekały. Myślałem, że zginą w lesie. Ale się myliłem.
Rozejrzałem się.
Za chlewnią zauważyłem mały potoczek, którego kiedyś nie widziałem. Wokół porosły bananowce (ktoś musiał je kiedyś tu posadzić) i dzikie ziemniaki. Co chwilę widziałem orzechy i inne dzikie rośliny.
Nauczyły się żyć na górze powiedział pan Tadeusz i zaczęły się rozmnażać.
Patrzyłem na stado. Niektóre świnie spojrzały w moją stronę, jakby mnie poznawały po latach.
Jedna wielka świnia podeszła pod samo ogrodzenie. Miała rudą sierść i charakterystyczną bliznę na uchu znak z pierwszych prosiąt, które kupiłem przed laty.
Ta… szepnąłem.
To była pierwsza świnia, jaką tu wychowałem.
Coś mnie ścisnęło za serce.
Wszystko, co uważałem za stracone… jednak wciąż istniało.
Nie tylko przetrwało rozrosło się.
I co teraz zrobisz? zapytał pan Tadeusz.
Milczałem dłuższą chwilę.
Patrzyłem na górę. Na chlew. Na świnie spacerujące po trawie jakby te pięć lat nic nie znaczyły.
Po dłuższej chwili pierwszy raz od lat się uśmiechnąłem.
Może powiedziałem cicho
moje marzenie wcale się nie skończyło.
Właśnie wtedy zrozumiałem coś, co wydawało mi się już dawno utracone.
Czasem nawet jeśli odpuścisz własny cel… On potrafi poczekać aż znów po niego wrócisz.






