— Wynocha!!! Mówię ci – idź stąd! Po co się tu szlajasz?! — Klaudia Matwiejewna z hukiem postawiła n…

Idź stąd! Mówię ci idź! Co się tu pałętasz?! pani Klaudia Nowakowa z hukiem postawiła na stole pod bujną jabłonią wielki półmisek gorących pierogów i odepchnęła chłopaka z sąsiedztwa. No już, zmykaj! Kiedy twoja matka w końcu zacznie się tobą zajmować?! Leniuszku!

Chudy jak patyk Franek, który właściwie nie miał imienia, bo wszyscy od lat nazywali go po prostu Szarańczkiem przez jego długie, cienkie ręce i nogi oraz dużą głowę, która ledwo co trzymała się na wątłej szyjce, rzucił przelotne spojrzenie surowej sąsiadce i powlókł się na swoją werandę.

Ogromny dom, podzielony na kilka mieszkań, był zamieszkały tylko częściowo. Na dobrą sprawę żyły tam dwie i pół rodziny: rodzina Koziarskich, rodzina Semeniuków i Karpen, czyli Kasia z Frankiem. Ci ostatni stanowili właśnie tę połówkę, z którą nikt się nie liczył i na którą nie zwracano szczególnej uwagi, chyba że zaszła jakaś nagła potrzeba. Kaśka nie była postacią ważną, więc nikt nie widział powodu, by tracić na nią czas.

Kaśka, poza synem, nie miała nikogo. Ani męża, ani rodziców. Radziła sobie sama, jak umiała. Patrzono na nią krzywo, ale raczej dawano jej spokój najwyżej co jakiś czas poganiano Franka, zwąc go nie inaczej, jak Szarańczkiem, przez jego chudość, długie kończyny i wielką głowę, która wydawała się nieproporcjonalna do reszty ciała.

Szarańczek był strasznie niepozorny, bojaźliwy, ale miał dobre serce. Nigdy nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka od razu pocieszał, czym często ściągał na siebie gniew surowych matek, które nie zamierzały tolerować w pobliżu swoich pociech takiego Stracha.

Kim jest Strach, Franek długo nie wiedział. Później mama podarowała mu książkę o Dorotce, i wtedy zrozumiał, skąd to przezwisko. Ale obrażać się nawet nie pomyślał. Franek uznał, że przecież Strach był mądry, dobry i wszystkim pomagał, a potem stał się nawet władcą pięknego miasta z bajki.

Kasia, której syn opowiedział o swoich przemyśleniach, nie wyprowadzała go z błędu. Uznała, że w świecie jest dość krzywdy, a jej syn wszak jeszcze zdąży się jej nałykać. Niech na razie przeżyje dzieciństwo jak najładniej

Kochała swojego syna ponad wszystko. Wybaczyła jego ojcu niedojrzałość i zdradę, a gdy tylko w szpitalu dowiedziała się, że Franzek nie taki jak trzeba, fuknęła na pielęgniarkę: Wymyślacie! Mój synek najpiękniejszy na świecie!

Nikt nie zaprzecza, tylko rozumny raczej nie będzie

To się jeszcze okaże! pogładziła po twarzyczce niemowlaczka i zapłakała.

Pierwsze dwa lata nosiła Franka po lekarzach; wytrwała w staraniach, aż zainteresowali się nim na poważnie. Dojeżdżała do miasta starą wysłużoną Syrenką, mocno tuląc zawiniętego w koce synka. Na litościwe spojrzenia nie zwracała uwagi, a jeśli ktoś próbował ją uspokajać czy radzić, zmieniała się w prawdziwą wilczycę:

Swoje oddaj do domu dziecka! Nie? To i twoje rady mi zbędne! Sama wiem, co robić!

Do dwóch lat Franek wyrównał się z innymi dziećmi, przybrał na wadze, intelektualnie niemal ich dogonił. Lecz śliczny nie był głowa zbyt wielka, ręce i nogi chude, a chudość, z którą Kasia walczyła na wszystkie sposoby, zostawała. Całe najlepsze dawała synkowi, sama ograniczała się jak mogła, i odbiło się to także na jej zdrowiu. Ale z czasem lekarze przestali się chłopcem martwić i tylko kiwali z uznaniem głowami, patrząc na filigranową Kasię, jak obejmowała swego Szarańczka.

Tylko liczyć takie matki na palcach jednej ręki! Patrzcie, jak wyrosło dziecko bohater, rozumny!

Tak, mój chłopiec właśnie taki jest!

Ale to nie o chłopcu mowa, tylko o tobie, Kasiu! Tyś mądra i odważna kobieta!

Kasia wzruszała ramionami, nie pojmując, za co te pochwały. Bo czy matka nie powinna kochać swojego dziecka i o nie dbać? To jej wynik, jej rola, nic nadzwyczajnego. Po prostu robiła to, co do niej należało.

Na czas, gdy Franek miał iść do szkoły, czytał już płynnie, pisał, liczył tylko seplenił lekko, co niweczyło wszystkie jego talenty. Frankuś, wystarczy! Dziękuję! przerywała mu nauczycielka, przekazując czytanie innemu uczniowi.

Potem skarżyła się w pokoju nauczycielskim, że chłopak jest dobry, ale nie da się słuchać jego sepleniącego czytania. Na szczęście dla Franka, została w szkole tylko dwa lata, potem wyszła za mąż i poszła na urlop macierzyński, a klasę przejęła inna nauczycielka.

Pani Maria Cholewińska była już w latach, ale trzymała w ryzach dzieci i kochała je jak dawniej. Szybko zorientowała się, z kim ma do czynienia. Rozmawiała z Kasią i doradziła dobrego logopedę, a Franka poprosiła o oddawanie prac na piśmie.

Pisz pięknie, bo bardzo mi miło czytać twoje odpowiedzi!

Franek wręcz promieniał z zachwytu, a pani Maria czytała jego wypracowania na głos całej klasie, zawsze podkreślając, jakiego ma zdolnego ucznia.

Kasia, wdzięczna, płakała i miała ochotę całować dłonie nauczycielki, lecz ona od razu zgasiła każdą próbę podziękowania.

Pani oszalała! To moja praca! A chłopiec wspaniały! Jeszcze wszystko mu się ułoży, zobaczy pani!

Do szkoły Franek biegł podskakując, czym śmieszył sąsiadki.

O! Szarańczek nasz leci! Znaczy, i nam trzeba się ruszyć! Boże, jak natura mogła tak skrzywdzić dziecko! Po co go na świecie zostawiła?

Kasia oczywiście wiedziała, co myślą o niej i o Franku sąsiedzi. Ale ona nie lubiła się kłócić; uważała, że jeśli człowiekowi serca i duszy Bóg poskąpił, to już nic go nie nauczy człowieczeństwa. Lepiej ten czas spożytkować sensowniej na przykład upiększyć mieszkanie albo posadzić kolejną różę przy werandzie.

Wielki dziedziniec z rabatami pod oknami i własnym małym sadem na tyłach nikt nie próbował dzielić ustaliło się niepisane prawo, że kawałek wokół schodów należy do mieszkania, do którego prowadzą.

Kawałek Kasi był najładniejszy. Kwiaty, wielki bez, ścieżka wykładana starymi kaflami, które wyprosiła u dyrektora domu kultury podczas remontu. Stosy potłuczonych kafelków olśniły ją niczym skarby. Oddajcie mi te kafle! wpadła w gabinet dyrektora.

Co oddać? spytał zdziwiony. Kafle? Proszę bardzo.

I tak Kasia, wyprosiwszy u sąsiadów taczki, do późna wybierała te właściwe kawałki. Potem maszerowała przez całe miasteczko, pchając taczkę z dumnym Frankiem.

Po co jej te śmieci? dziwiły się sąsiadki.

Jakie było ich zdziwienie, gdy już po paru tygodniach zobaczyły, co Kasia stworzyła ze starych kafli Mimo że nigdy nie widziała greckich mozaik ani świecących kopuł, jej ręka i serce podpowiedziały wzór, który zachwycił całe miasteczko.

Popatrz, toż to majstersztyk

Kasia nie przejmowała się reakcjami sąsiadów. Najważniejsze były słowa syna:

Mamusiu, jak to pięknie

Franek, siedząc na schodku, gładził palcem zawiły wzór z kafli i rozpływał się ze szczęścia. A Kasia znowu płakała.

Bo jej syn był szczęśliwy

A powodów do szczęścia miał naprawdę niewiele. W szkole pochwalą, mama coś smacznego ugotuje, przytuli, wyszepce, jaki jest kochany i mądry. To cała radość. Przyjaciół miał Szarańczek prawie żadnych, za chłopcami nie nadążał, a wolił czytać niż kopać piłkę. Do dziewczynek nadal go nie dopuszczano. Zwłaszcza surowa była sąsiadka pani Klaudia, która miała trzy wnuczki pięcio, siedmio i dwunastoletnią.

Ani się waż podchodzić! groziła pięścią Szarańczkowi. To nie dla ciebie!

Co się działo w jej głowie, nikt nie wiedział, ale Kasia ostrzegła syna, żeby nie pałętał się przy Klaudii i trzymał się z daleka.

Po co ją złościć? Jeszcze się rozchoruje

Franek posłuchał i omijał sąsiadkę szerokim łukiem. Nawet tego dnia, gdy pani Klaudia szykowała się do święta, wracał tylko przez podwórko i nie zamierzał przyłączać się do zabawy.

Oj, grzechy moje ciężkie westchnęła Klaudia, przykrywając półmisek wyszywanym ręcznikiem. Jeszcze powiedzą, że sknera ze mnie! No czekaj!

Wybrała dwa pierogi i dogoniła chłopca.

Masz! I miej oko żeby cię tu przez święto nie było! Siedź cicho do powrotu matki z pracy! Zrozumiano?

Franek skinął głową w podzięce Klaudii już zresztą nie było to potrzebne. Zaraz miały przyjechać dzieci, rodzina, urodziny najmłodszej i uwielbianej wnuczki, a tu jeszcze tyle do zrobienia! Syn sąsiadki, drobniutki, dużogłowy Franek-Szarańczek, był tu zbędny!

Po co straszyć nim dzieci? Nie spałyby potem! Klaudia westchnęła, przypominając sobie, jak odradzała Kasi mieć go przy sobie.

I po co ci dziecko, Kasiu? Po co? I tak go na ludzi nie wprowadzisz! Zapiłby się i zamarzł gdzieś pod płotem!

Chociaż raz widziałaś mnie z kieliszkiem w ręku? odcinała się Kaśka.

O czym ty mówisz! Takie pustki przyszłość jedyna to nędza! Co to dziecku dasz? Nic! Matki być nie umiesz, nikt cię nie nauczył! Lepiej się pozbądź tego dziecka i koniec!

Kasia po tej rozmowie przestała się z Klaudią witać. Przechodziła obok z dumą, niosąc ogromny, niezgrabny brzuch, nawet nie patrząc w jej stronę.

Obraziła się, głupia. A ja jej przecież dobrze życzę! kiwała głową Klaudia.

O, twoja dobroć mi śmierdzi! A mnie mdli mam ciążowe nudności! odburkiwała Kasia, głaszcząc brzuch, uspokajając swojego jeszcze niepoznanego Szarańczka. Nie bój się, synku. Nikt cię nie ruszy.

O tym, ile i co wycierpiał przez pierwsze osiem lat, Franek matce nigdy nie mówił. Żal mu jej było Jak bolało, płakał po cichu gdzieś w kącie wiedział, że mamę to zmartwi bardziej niż jego samego. Z niego spływały przykrości jak z kaczki woda, nie pozostawiając żalu ani złości. Czyste dziecięce łzy wypłukiwały to wszystko, a już po chwili nie pamiętał, kto i co powiedział. Czuł raczej litość dla dziwnych dorosłych, nie rozumiejących prostoty serca.

Bez złości i żalu żyje się przecież łatwiej

Klaudii Nowakowej Franek dawno już się nie bał, choć nie lubił jej za bardzo. Gdy groziła mu palcem i obrzucała przykrymi słowami, uciekał, żeby nie słyszeć ostrych jak brzytwa obelg. Zapytana, co o niej sadzi, szczerze zdziwiłaby się odpowiedzią.

Franek jej współczuł. Naprawdę, tak jak umiał tylko on. Było mu żal kobiety, która marnowała swoje chwile na złość.

Czas chwila był bezcenny. Franek dawno pojął, że nic go nie zastąpi, nie odkupi za żadne pieniądze i nie wyprosi się go w zamian za najpiękniejszy papierek po cukierku.

Ale dorośli jakoś tego nie pojmowali

Usiadłszy na oknie w swoim pokoiku, Franek żuł pieroga i patrzył, jak biegają wnuczki Klaudii i inne dzieci, które przyszły świętować urodziny Wioletki. Jubilatka fruwała jak motyl w różowej sukience, a Szarańczek zafascynowany patrzył na nią, wyobrażając sobie, że jest księżniczką.

Dorośli biesiadowali za stołem przed domem, a dzieci, pobiegawszy chwilę, uciekły na łąkę koło starej studni. Franek, dostrzegając, dokąd pobiegli, pobiegł do sypialni mamy, skąd miał widok na całą polanę i długo patrzył na zabawę, klaszcząc z radości za innych.

Po pewnym czasie jedno dziecko się zmęczyło, wróciło do dorosłych, inne zaczęły nową zabawę. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się koło studni, co zwróciło uwagę Szarańczka.

O tym, że studnia jest niebezpieczna, dobrze wiedział. Mama nie raz ostrzegała: Został tylko zgniły zrąb, może cię pochłonąć! Broń Boże zbliż się, synku!

Nie będę, mamo!

Moment, kiedy Wioletka ześlizgnęła się do studni, Franek przegapił, zapatrzony na chłopaków z piłką. Gdy szukał wzrokiem dziewczynki zamarł. Wioletki nie było

Wypadł na ganek; wystarczyła sekunda, by pojąć, że nie ma jej też wśród gości dorosłych.

Czemu nie przyszło mu do głowy, by wezwać pomoc potem sam sobie nie umiał już odpowiedzieć. Po prostu wybiegł na tyły domu, nawet nie słysząc oburzonych wrzasków Klaudii:

Ile razy mówiłam siedź w domu?!

Dzieciaki zajęte były piłką, nie zauważyły nawet nieobecności Wioletki. A tymczasem Franek podbiegł do studni, zajrzał w głąb i dostrzegł daleko na dole coś różowego, więc krzyknął:

Przytul się do ściany!

Bał się, że dziewczynka zapląta się, więc sam położył się na brzegu studni, zwisając nogami w dół, przetarł się przez spróchniałe belki i zanurzył w ciemności.

Skoczył do studni, wiedząc, że każda minuta liczy się dla Wioletki. Nie umiała pływać wiedział to na pewno, etap prób na jeziorze z Klaudią zakończył się pełnym fiaskiem.

Nawdychała się wody o zapachu stęchlizny, ale zdołała chwycić się chudych ramion Szarańczka.

Już! Nie bój się! Jestem tu! objął ją za szyję, zgodnie z tym, jak uczyła mama. Trzymaj się! Ja będę wołał!

Wysuwające się dłonie ślizgały się po obłożonych mułem ścianach, Wioletka ciążyła coraz mocniej, ale jeszcze nabrał powietrza i tak głośno, jak tylko mógł, wrzasnął:

Pomocy!

Nie wiedział, że dzieci zaraz pobiegły na uroczystość, nie miał pojęcia, czy starczy mu sił do nadejścia pomocy. Wiedział jedno ta śmieszna dziewczynka w różowej sukience musi żyć! Piękna w świecie jest niewiele, jak i minut.

Krzyku nie usłyszano od razu.

Klaudia, niosąc gęś pieczoną na półmisku, szukała wzrokiem Wioletki i zdrętwiała:

Wioletka gdzie?!

Najpierw nikt nie pojął, czego chce rozhisteryzowana gospodyni, która z hukiem postawiła pieczeń na stole i tak ryknęła, że zatrwożyli się nie tylko biesiadnicy, ale i przechodzący obok ludzie.

A Szarańczek jeszcze raz, coraz słabiej, zdążył krzyknąć to jedno słowo, które musieli usłyszeć:

Mamo

I Kasia, wracająca z pracy do domu, przyspieszyła kroku, zapomniawszy o sklepie po chleb. Przeszła obok plotkujących sąsiadek i popędziła do domu, nie mając wątpliwości, że trzeba biec na złamanie karku.

Wpadła na podwórko akurat w tej samej chwili, gdy Klaudia aż zapadła się na schodkach jej ganku z nadmiaru emocji. Nie rozumiejąc jeszcze, co się stało, Kasia pobiegła na tyły domu, gdzie zwykle bawił się Szarańczek, i usłyszała głos synka.

Tu jestem, mamo!

Nie musiała się zastanawiać, skąd. Stara studnia od dawna spędzała jej sen z powiek; nie raz pisała do gminy z prośbą o jej zasypanie lub zabezpieczenie. Ale nikt nie słuchał jej próśb. Zrobiony przez nią płotek przed studnią na niewiele się zdał

Na myślenie nie było czasu. Kasia wpadła do domu, chwyciła sznur od prania, wybiegła z powrotem i krzyknęła:

Za mną! Trzymajcie!

Na szczęście jeden z zięciów Klaudii był na trzeźwo i zrozumiał, czego Kasia chce. W mgnieniu oka zawiązał sznur wokół drobnej Kasi:

Jazda! Trzymam!

Wioletkę Kasia wyciągnęła niemal natychmiast. Dziewczynka wtuliła się w nią bezwładnie, obejmując ją ramionami i nogami. Kasia aż się trzęsła z przerażenia.

Nie mogła znaleźć syna w ciemnej wodzie I wtedy zaczęła błagać jak niegdyś na porodówce:

Panie Boże! Nie zabieraj!

Szukała ręką, traciła już tchu, gdy wyczuła coś śliskiego i chudego. Szarpnęła, wyciągając syna, bojąc się myśleć o tym, czy oddycha. Krzyknęła jak najgłośniej:

Ciągnijcie!

Już w trakcie podnoszenia usłyszała ciche, zachrypnięte:

Mamusiu

Szarańczek, po niemal dwóch tygodniach w miejskim szpitalu, wrócił do miasteczka jak bohater.

Wioletka wyszła wcześniej nałykała się wody, wystraszyła, miała kilka ogromnych zadrapań i podartą sukienkę, ale poza tym nic poważnego.

Franek przeszedł więcej złamane nadgarstek, duszności, ale mama była przy nim, a strach za Wioletkę szybko minął. Odwiedzała go codziennie z rodzicami. Franek cieszył się, że wróci wkrótce do domu, do swoich książek i ukochanego kota.

Chłopcze mój złoty! Gdyby nie ty płakała Klaudia, obejmując opalonego Franka. Ja ci co tylko chcesz kupię!

Ale po co? wzruszył ramionami. Zrobiłem tylko to, co należało. Chyba jestem mężczyzną?

Klaudia, nie znajdując słów, ściskała chłopca, sama nie wiedząc, że ten chudy, niezdarny Szarańczek, swego dziecięcego przydomka zachowa jeszcze na długo, a za kilka lat poprowadzi samochód ewakuacyjny pełen rannych z pola ognia. Potem, bez względu na to, skąd kto był, zrobi wszystko, by ulżyć tym, którzy jak on wtedy wołali o mamę

Zapytany, dlaczego działa mimo krzywd, których sam doświadczył, Szarańczek odpowie krótko:

Jestem lekarzem. Tak trzeba. Żyć trzeba. Tak należy!

***

Drodzy czytelnicy!

Miłość matki naprawdę nie zna granic.

Kasia, mimo wszystkich przeciwności i uprzedzeń, kochała swego syna bezwarunkowo. Jej oddanie i wiara pomogły mu rozwinąć się i stać dobrym człowiekiem. To przypomnienie o niezłomnej sile rodzicielskiej miłości.

Prawdziwym bohaterem okazuje się być dusza: Franek, nieładny z wyglądu, okazał się bohaterem, rzucając się bez wahania na ratunek. To czyn, nie wygląd, stanowi o tym, kim jesteśmy. Dobroć, odwaga i miłosierdzie są prawdziwymi cechami wielkości.

Sąsiedzi, którzy dystansowali się od Kasi i jej syna, musieli oddać im należny szacunek po czynach Franka. Ta historia pokazuje, że uprzedzenia topnieją wobec prawdziwych wartości, a najważniejsza nauka tkwi w umiejętności przebaczenia, nieżywienia urazy i czynieniu dobra, nawet gdy samemu spotkało się zło.

Tak jak powiedział Franek: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Żyć trzeba. Tak należy!

Ta opowieść inspiruje nas wszystkich, by pamiętać, że człowieczeństwo i współczucie zawsze wygrywa z obojętnością i złością, a prawdziwe piękno wypływa z wnętrza.

Czy wierzycie, że dobroć, pomimo wszystkich trudów, zawsze znajduje sobie drogę i zmienia świat na lepsze? Jakie doświadczenia potwierdzają, że pozory mylą, a prawdziwe bogactwo tkwi w duszy człowieka?

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

17 + 2 =

— Wynocha!!! Mówię ci – idź stąd! Po co się tu szlajasz?! — Klaudia Matwiejewna z hukiem postawiła n…