Dziennik Bartosza
Znowu ten sam temat wraca jak bumerang. Dziś Oliwia wróciła z kawiarni i od razu zaczęła narzekać:
Mamo, ile jeszcze będziemy kisić się w tej dziurze? Przecież to nawet nie województwo, tylko prowincja prowincji!
Leżała na kanapie rozciągnięta jak Lenin-gimnastyk, jak to zwykła nazywać jej mama.
Olu, sto razy ci mówiłam: tu jest nasz dom, nasze korzenie. Nigdzie się nie ruszam.
Mama rzuciła tylko:
Przestań z tymi korzeniami. Jeszcze dziesięć lat, a twoje liście zwiędną, i znowu przyplącze się jakiś chrząszcz, co będziesz mi próbowała podsunąć na nowego tatę.
Po tych nieco okrutnych słowach mama podniosła się i spojrzała w lustro przesuwnej szafy.
Liście wciąż mam w porządku, nie dramatyzuj.
No właśnie! Dlatego mówię: zanim zamienią się w pietruszkę, dynię czy coś gorszego, lepiej coś zmieńmy. Sama wybierz, do jakiej potrawy ci bliżej.
Olu, jak tak ci zależy, możesz wyjeżdżać sama. Zgodnie z polskim prawem już od dwóch lat możesz robić, co chcesz. Po co cię trzymam?
Dla sumienia, mamo. Jeśli pojadę za lepszym życiem, to kto się tobą tu zajmie?
Polisa na życie, stała pensja, internet, no i pewnie znajdzie się jakiś polski chrząszcz, jak sama mówiłaś. Tobie łatwo: młoda, rozumiesz współczesny świat, a mnie to już znudziło. Zwalnia mi metry w kierunku wiecznego odpoczynku.
Ależ mamo! Żartujesz przecież jak moi znajomi! Przecież ledwo skończyłaś czterdzieści…
Czego to na głos powiedziałaś? Chciałaś mi dzień popsuć?
Gdyby przeliczyć na lata kota, to zaledwie pięć szybko zreflektowała się córka.
Wybaczone.
Mamo, póki nie jest za późno, wskoczmy w pociąg i wyjedźmy. Tutaj naprawdę już nic nas nie trzyma.
Miesiąc temu sprawiłam, że nazwisko na rachunkach za gaz w końcu piszą poprawnie. No i mamy tu przychodnię rejonową ostatnie argumenty mamy.
Przecież wszędzie cię przyjmą, a domu nie musisz od razu sprzedawać. Nie uda się będzie gdzie wrócić. Obiecuję, że szybko cię wdrożę w miejskie życie.
Lekarz podczas USG ostrzegał, że nie będziesz dawała mi spokoju. Myślałam, że żartuje. Nic dziwnego, skoro później zdobył brąz w teleturnieju Mam Talent. Dobra, dawaj, jedziemy. Ale jeśli mi się nie spodoba wracam bez awantur i szlochu.
Słowo harcerza!
Twój tata obiecywał mi podobnie, gdy cię rejestrowaliśmy w urzędzie stanu cywilnego, i jak wyszło? Obie macie taki sam temperament.
***
Oliwia z matką nie zadowoliły się wojewódzkim miastem i od razu postanowiły rzucić się na podbój Warszawy. Wypłaciły wszystkie oszczędności trzymane przez trzy lata i z rozmachem wynajęły kawalerkę na Bemowie, między bazarem a dworcem autobusowym, płacąc za cztery miesiące z góry. Pieniądze skończyły się jeszcze zanim zaczęły cokolwiek wydawać.
Oliwia była spokojna, pełna energii. Nawet nie rozpakowała się porządnie, tylko od razu rzuciła się w wir miejskiego życia wystawy, klubokawiarnie, nocne bary. Od razu wszędzie czuła się swoja, łapała kontakt z ludźmi, szybko wyłapała modne miejscówki, przyswoiła warszawską nowomowę i styl jakby zawsze mieszkała na Mokotowie i nigdy nie słyszała o żadnej prowincji.
Mama za to żyła między porannym walerianum a wieczorną melisą. W pierwszym dniu, ignorując prośby córki o spacer, zabrała się za szukanie pracy. Stolica oferowała prace i płace, które nijak nie współgrały. Po krótkiej kalkulacji mama sama stwierdziła, bez pomocy jasnowidza, że pół roku i wracają.
Nie słuchając młodej, progresywnej Oliwii, znalazła pracę kucharki w prywatnej szkole podstawowej, a wieczorami zmywała naczynia w pobliskiej kawiarni.
Mamo, znów całe dnie przy garach! Po co było się przenosić, skoro siedzisz w kuchni? Tu nie poznasz smaku wielkiego miasta. Przeszłabyś jakiś kurs na florystkę, baristkę, stylistkę brwi? Jeździłabyś metrem, sączyła kawę w kubku, przyzwyczaiła się.
Olu, ja nie umiem się teraz uczyć. Dam sobie radę, nie obawiaj się, jeszcze się przystosuję. Ty się skup na sobie.
Po westchnieniach, że mama jest niemodna i nie progresywna, Oliwia dostosowywała się. Zasiedziała się w kawiarniach, gdzie kawę płacili za nią regionalni koledzy; budowała mentalny most z Warszawą, próbowała ezoterycznych rzeczy, jak polecił jej influencer od run; zapuszczała się w towarzystwo, gdzie rozmowy toczyły się tylko o karierach i pieniądzach. Po pracy się nie spieszyła. Wolała powoli oswajać się z nowym światem.
Po czterech miesiącach mama opłaciła czynsz już z własnych zarobków, zrezygnowała z mycia naczyń i gotowała już w dwóch szkołach. Oliwia zdążyła rzucić parę kursów, spróbować sił w castingu do radia, wystąpić w epizodzie studenckiego filmu (gdzie płacili jej makaronem z gulaszem) i przez chwilę spotykała się z dwoma muzykami z Pragi, z których jeden okazał się zupełnym osłem, a drugi kocurem z czwórką dzieci, zupełnie nie do ustatkowania.
***
Któregoś wieczora Oliwia ziewając jak Leningimnastyk, gdy mama poprawiała makijaż przed lustrem, spytała:
Mamo, chcesz gdzieś dziś wyjść? Może zamówimy pizzę i obejrzymy film? Padam z nóg, nigdzie mnie nie ciągnie.
Zamów sobie, przeleję ci na kartę. Nic mi nie zostawiaj, pewnie nie będę głodna po powrocie.
Skąd wrócisz? córka zaskoczona podniosła się z kanapy i spojrzała na mamę.
Zostałam zaproszona na kolację mama zaśmiała się speszona jak nastolatka.
Przez kogo?!
Komisja była ostatnio w naszej szkole. Podałam im bitki, te twoje ulubione od małego. Przewodniczący rzucił, że powinien poznać szefową kuchni. Pośmialiśmy się, wypiliśmy kawę, jak radziłaś. Dziś idę do niego, częstować domową kolacją.
Zwariowałaś?! Do obcego faceta na zaproszenie?! Kolacja?!
A czemu nie?
A może on wcale nie kolacji się spodziewa?
Olu, mam czterdzieści lat, jestem samotna, on ma czterdzieści pięć, przystojny, inteligentny, nieżonaty. Co by nie chciał, przyjmę z przyjemnością.
Gadasz jak wiejska ciotka bez perspektyw.
Przecież sama chciałaś, bym żyła, a nie zamulała!
Na takie argumenty trudno było odpowiedzieć. Dopiero do mnie dotarło, że role się odwróciły. Za przelane złote zamówiła największą pizzę i cały wieczór uprawiała emocjonalne obżarstwo. Samobiczowanie skończyło się koło północy, a właśnie wtedy wróciła mama, promieniała nawet w ciemności przedpokoju.
I jak poszło? spytała grobowo Oliwia.
Świetny facet, i wcale nie chrabąszcz z Tarnowa, tylko warszawiak z krwi i kości! zaśmiała się mama i zniknęła w łazience.
Zaczęła chodzić na randki teatr, stand-up, jazzowy koncert, zrobiła kartę biblioteczną, zapisała się do klubu herbacianego, a nawet przeszła na stałe do warszawskiej przychodni. Po pół roku poszła na kursy doszkalające, zdobyła certyfikaty i nauczyła się gotować bardziej wyszukane potrawy.
Oliwia nie chciała wiecznie siedzieć na maminych plecach. Próbowała dostać się do poważnych firm, ale każda rozmowa kończyła się odmową. Znajomości się rozpłynęły, bo nie chcieli już fundować jej cappuccino, zaczęła więc pracę jako baristka, potem zmieniła ją na nocnego barmana.
Codzienność poczęła ją zamęczać, malując sińce pod oczami i pochłaniając resztki wolnego czasu i energii. Życie osobiste? W barze tylko natarczywi podchmieleni klienci, żadnego śladu czystej miłości. W końcu miała serdecznie dość.
Wiesz, mamo, miałaś rację, tu nie ma czego szukać. Sorry, że cię tu zaciągnęłam, wracajmy. rzuciła Oliwia w progu po kolejnym ciężkim dyżurze w barze.
Ale gdzie wracamy? zdziwiła się mama pakując właśnie walizkę.
No do domu! Tam, gdzie nazwisko na rachunkach piszą poprawnie i gdzie mamy rejonową przychodnię! w nerwach Oliwia zbierała rzeczy z kanapy. Tam mam mieszkanie, znajomych…
Ja już się tutaj zapisałam i nie chcę wyjeżdżać zatrzymała ją mama, wpatrując się w jej czerwone oczy.
A ja nie! Chcę do domu! Warszawskie metro mnie irytuje, kawa kosztuje jak lunch, a w barze tylko nadęte twarze. Nic mnie tu nie trzyma. A ty i tak się chyba zwijasz?
Przeprowadzam się do Janka przyznała mama nagle.
Jak to do Janka?!
Pomyślałam, że jesteś już na swoim, zarabiasz. Olu, to dla ciebie prezent! Piękna, młoda, masz pracę i mieszkasz w stolicy. Perspektywy same płyną z kranu. Jestem ci wdzięczna, że mnie tu zabrałaś. Gdyby nie ty, nigdy bym nie ruszyła z tej dziury. Warszawa żyje, aż chce się działać! Dziękuję mama wycałowała ją w obie policzki, ale Oliwia nie potrafiła się ucieszyć.
A kto się mną zajmie? zapłakała już otwarcie.
Polisa, stała pensja, internet i pewnie chrabąszcz się znajdzie cytowała siebie mama.
Czyli zostawiasz mnie? Tak po prostu?
Nie zostawiam, sama obiecałaś bez dramy… uśmiechnęła się mama.
Pamiętam… Daj mi chociaż klucze.
Są w torebce. Mam tylko jedną prośbę.
Jaką?
Babcia też chce się przeprowadzić. Już wszystko z nią ustaliłam przez telefon. Pomóż jej się spakować.
Babcia do Warszawy?!
A tak, opowiedziałam jej twoją bajkę o lepszym życiu, chrabąszczach i prowincjonalnym bagnie. Wieść niesie, że na pocztę szukają kogoś na okienko, a babcia to 40 lat doświadczenia każdą przesyłkę i do Arktyki wyśle! Niech spróbuje, zanim jej liście zwiędną…
Dzisiaj, pisząc ten fragment dziennika, zrozumiałem w końcu najważniejsze: niezależnie od miejsca, zmiana to nie ucieczka, lecz szansa. Korzenie zawsze można przesadzić byle dać im nową ziemię i trochę odwagi.





