Ożeniłem się mając pięćdziesiąt lat byłem przekonany, że nareszcie znalazłem szczęście, ale nie miałem pojęcia, co mnie czeka…
Zawsze byłem tym z rodziny, o którym mówiono wieczny student, bo rzeczywiście uwielbiałem się uczyć. Skończyłem magisterkę z bibliotekoznawstwa, od lat pracowałem jako bibliotekarz w Krakowie. Pewnego dnia znajomy przedstawił mi przyszłą żonę. Miała na imię Brygida, była ode mnie dziewięć lat młodsza, miała wtedy czterdzieści jeden lat. Ja miałem pięćdziesiąt. Brygidę od razu zafascynowało moje zamiłowanie do poezji i literatury. Po kilku miesiącach przegadanych przy kawie i wspólnych spacerach nad Wisłą, poprosiłem ją o rękę.
Brygida bardzo pragnęła rodziny, dlatego zgodziła się bez wahania. Po ślubie postanowiliśmy zamieszkać w moim dwupokojowym mieszkaniu na Kazimierzu, ponieważ jej córka wraz z rodziną zajmowali jej mieszkanie w Nowej Hucie. Od początku nie miałem pojęcia, co mnie czeka. Przez lata żyłem sam i miałem swoje przyzwyczajenia. Teraz wszystko się zmieniło i zaczęło mnie to drażnić. Plamy na obrusie, rozrzucone skarpetki, zmięta narzuta na łóżku, mnóstwo dziwnych drobiazgów, których nigdy nie przewidywałem w moim uporządkowanym świecie Dosłownie wszystko mnie irytowało. Miałem wrażenie, że Brygida jest gościem w hotelu, a ja odpowiadam za całą codzienność.
Na domiar złego, pojawiły się sprawy z finansami. Straciłem cierpliwość, kiedy zamiast naprawić kran, Brygida pogorszyła sytuację i dopiero później zadzwoniła po hydraulika. Wtedy zrozumiałem, że nie chcę się zmuszać do cierpliwości i znosić wszystkiego w milczeniu. Jesteśmy przecież dorośli, a nasze nawyki są zupełnie inne. Usiedliśmy do szczerej rozmowy okazało się, że Brygidzie wszystko pasuje tak, jak jest. Ja zaś nie lubię awantur, wolę spokój. Niestety nie udało nam się wypracować kompromisu. Córka Brygidy i jej wnuki już planowali przyszłość w jej mieszkaniu, zakładając, że Brygida na zawsze zamieszka ze mną.
Po trzech miesiącach doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu. Brygida poprosiła jedynie o zwrot kilku prezentów, które mi podarowała na początku znajomości. Zwracanie kosza na śmieci i starego łańcuszka nie kosztowało mnie ani złotówki.
To wszystko sprawiło, że zacząłem się zastanawiać, czy po pięćdziesiątce można jeszcze zbudować szczęśliwe życie rodzinne. Dzisiaj już wiem, że każdy wiek ma swoje blaski i cienie. Najważniejsze w tym wszystkim to pozostać wiernym sobie i rozmawiać szczerze o własnych potrzebach zanim życie nas samych zaskoczy.





