Perfumy Marii pachniały wanilią i konwalią — dokładnie tak, jak perfumy jej matki, których flakon Ewa znalazła w szufladzie teściowej trzy tygodnie po jej pogrzebie.
— To był prezent od Tomasza — powiedziała Ewa, obracając w palcach niewielki, kwadratowy flakon. Szkło było chłodne, etykieta w połowie odklejona, a na dnie zostało już tylko z centymetr płynu. — Kupił jej to na sześćdziesiąte urodziny, w osiemdziesiątym siódmym. Sama wybierałam pudełko do zapakowania.
Jej córka, Kasia, stała w drzwiach pokoju babci i patrzyła, jak matka przekłada rzeczy z komody do kartonów.
— To zostaw sobie — powiedziała cicho. — Nie musisz wszystkiego oddawać ciotce Marii.
Maria, siostra Tomasza, przyjechała z Wrocławia dzień po pogrzebie i od razu zaczęła spisywać, co gdzie stoi. Srebra, obrazy, stary zegar z korytarza. Ewa nie protestowała — w końcu to był dom matki Marii, nie jej. Ale kiedy siostra męża otworzyła szufladę z biżuterią i zaczęła wyjmować pierścionki jeden po drugim, wkładając je do aksamitnej sakiewki, coś w Ewie się napięło.
— Mama zapisała mi obrączkę — powiedziała Maria, nie podnosząc oczu znad szuflady. — I broszkę z bursztynem. Reszta pójdzie do wyceny, sprzedamy, podzielimy się z Tomkiem po połowie.
— A to? — Ewa podniosła flakon perfum.
Maria zerknęła na niego jakby pierwszy raz go widziała.
— To zostaw dziewczynom. Kasi albo Zosi. Mama by tak chciała.
Tomasz wrócił z pracy tego wieczoru zmęczony, z workami pod oczami, które pojawiły się u niego dopiero po śmierci matki. Usiadł przy kuchennym stole i patrzył, jak Ewa smaży kotlety, nie mówiąc nic przez dłuższą chwilę.
— Maria chce sprzedać dom — powiedział w końcu. — Już dzwoniła do agenta. Mówi, że przy dzisiejszych cenach na Woli Justowskiej dostaniemy z milion sto, może milion dwieście.
Ewa odłożyła łopatkę.
— Tak szybko? Mama umarła trzy tygodnie temu.
— Mówi, że nie ma sensu przeciągać. Podatek od spadku, koszty utrzymania. Chce mieć to z głowy.
— A ty co na to?
Tomasz wzruszył ramionami, ale w tym geście nie było obojętności — była w nim rezygnacja, którą Ewa znała od lat: człowieka, który od dziecka ustępował starszej siostrze i nauczył się nie liczyć, ile go to kosztuje.
— Nie wiem, czy mam siłę się kłócić.
Następnego dnia Ewa pojechała do domu teściowej sama, żeby dokończyć pakowanie pokoju na piętrze — tego, który kiedyś należał do Tomasza, zanim się wyprowadził. W szafie, między starymi swetrami, znalazła pudełko po butach firmy Bata, obwiązane sznurkiem od pieczywa. W środku leżały listy — czterdzieści dwa listy, wszystkie zaadresowane do Ireny, matki Tomasza, wszystkie podpisane tym samym imieniem: Halina.
Ewa usiadła na podłodze i zaczęła czytać.
Pierwszy list był datowany na marzec 1979 roku. Halina pisała do Ireny jak siostra do siostry, o pogodzie w Zakopanem, o pracy w sanatorium, o tym, że tęskni. Im dalej Ewa czytała, tym listy robiły się krótsze i bardziej gorzkie. W przedostatnim, z lutego 1986 roku, Halina pisała o córce, którą oddała do adopcji przez ośrodek w Krakowie, bo sama, niezamężna, nie dała rady jej utrzymać — i błagała Irenę, żeby nigdy nikomu o tym nie mówiła, a zwłaszcza dzieciom. Ostatni list, z grudnia tego samego roku, był już tylko kilkoma zdaniami: podziękowaniem za milczenie i obietnicą, że więcej pisać nie będzie. I nie napisała.
Ewa siedziała długo z kartką w ręku, czując, jak papier robi się wilgotny od potu na jej dłoniach. Potem wstała, zniosła pudełko na dół i postawiła je na stole w kuchni, dokładnie na środku, między solniczką a koszykiem z owocami.
Kiedy Maria przyjechała następnego popołudnia, żeby zabrać ostatnie rzeczy przed przyjazdem agenta nieruchomości, od razu zauważyła pudełko.
— Co to jest?
— Znalazłam w szafie Tomka. Myślę, że powinnaś to przeczytać, zanim sprzedacie dom.
Maria otworzyła pudełko, wyjęła pierwszy list i przez chwilę stała nieruchomo, z kartką w dłoni, jakby ważyła jej ciężar. Potem usiadła przy stole i czytała, jeden list za drugim, aż zrobiło się ciemno za oknem, a Ewa parzyła kolejne herbaty, nie mówiąc nic, tylko stawiając kubek przy jej łokciu.
— To niemożliwe — powiedziała Maria, kiedy skończyła ostatni list, i odsunęła od siebie pudełko, jakby parzyło. — Mama by mi powiedziała. Przez czterdzieści lat mieszkałyśmy piętnaście minut od siebie, jeździłam do niej co niedzielę, a ona ani słowem.
— Może dlatego właśnie nie mówiła — odparła Ewa. — Bo obiecała.
— Musimy zadzwonić do Tomasza.
Tomasz przyjechał godzinę później, wciąż w garniturze, z aktówką, którą postawił przy drzwiach i zapomniał o niej na resztę wieczoru. Czytał listy w milczeniu, siedząc między siostrą a żoną, a Ewa widziała, jak jego dłonie drżą przy każdej kolejnej kartce.
— Mama miała siostrę — powiedział w końcu. — I my mamy kuzynkę. Gdzieś tam.
— Jeśli w ogóle żyje — powiedziała Maria. Wstała, podeszła do okna, wróciła, usiadła znowu. — I jeśli chce, żeby ją znaleźć. Może to jej nie interesuje. Może ma własne życie i my w nim nie jesteśmy potrzebni.
— A jeśli jest? — spytała Ewa.
Maria milczała długo.
— To dom poczeka — powiedziała w końcu, choć widać było, że mówi to wbrew sobie, że w głowie ma już umówiony termin z agentem i kalkulację podatku. — Ale jeśli nic z tego nie wyjdzie za pół roku, wystawiam ogłoszenie.
Sprzedaż domu poczekała pół roku, tak jak Maria zapowiedziała. Zatrudniła prywatnego detektywa z Krakowa, niejakiego pana Wilka, któremu zapłaciła cztery tysiące złotych zaliczki. Pierwszy trop — kobieta o nazwisku zbliżonym do tego z akt sądu rodzinnego, mieszkająca w Tarnowie — okazał się ślepy: to była zupełnie inna adopcja, z innego roku, i Maria przez tydzień była przekonana, że to koniec poszukiwań, że dokumentacja ośrodka spłonęła w pożarze w latach dziewięćdziesiątych, o czym poinformował ją urzędnik przez telefon. Dopiero po dwóch i pół miesiąca, dzięki księdzu z parafii w Nowej Hucie, który pamiętał sprawę sprzed lat, detektyw odnalazł kobietę nazwiskiem Anna Wesołowska, mieszkającą w Gdyni, w wieku pasującym do daty z listu. Kiedy Maria zadzwoniła do niej pierwszy raz, Anna długo milczała w słuchawce, zanim zapytała, czy może przyjechać do Krakowa osobiście, zamiast rozmawiać o tym przez telefon.
Spotkali się wszyscy w kuchni domu, który wciąż nie został sprzedany — Tomasz, Maria, Ewa i Anna, kobieta w wieku Marii, o rysach twarzy, które wydały się znajome, jakby ktoś przez lata rysował je w tle rodzinnych zdjęć, nie pozwalając nikomu ich zauważyć.
Maria przywiozła flakon perfum, zapakowany w bibułkę, i postawiła go na stole przed Anną bez słowa wyjaśnienia.
— To był twojej mamy — powiedziała tylko.
Anna odkręciła nakrętkę i podniosła flakon do nosa.
— Pachnie jak coś, co powinnam pamiętać — powiedziała. — Ale nie pamiętam. Nigdy nie miałam okazji.
— Mamy czas, żeby to nadrobić — odpowiedziała Maria, siadając naprzeciwko niej przy stole, na którym wciąż stało pudełko z listami, teraz już puste, bo wszystkie kartki trafiły do trzech osobnych kopert, po jednej dla każdej z kobiet w tej kuchni.
Dom sprzedali dopiero jesienią, za milion sto pięćdziesiąt tysięcy złotych. Pieniądze podzielili na cztery części, nie na dwie — choć Maria najpierw upierała się przy trzech czwartych dla siebie i Tomasza, "bo to nasza matka, nie jej", i dopiero kiedy zobaczyła, jak Anna bez słowa zaczyna zbierać ze stołu swoją kopertę z listami, żeby wyjść, cofnęła się i powiedziała: po równo, tak jak by chciała mama. Nikt nie zapytał, która mama.
Flakon perfum Ewa zatrzymała dla Kasi, tak jak chciała Maria. Wieczorem, kiedy wróciły do domu, Kasia wzięła go z torby, odkręciła nakrętkę i powąchała, marszcząc nos, bo zapach był już słaby, niemal wyparowany.
— Czym to pachnie? — spytała.
Ewa nie odpowiedziała od razu. Postawiła flakon na półce, obok zdjęcia babci, poprawiła go tak, żeby stał równo, i dopiero wtedy powiedziała:
— Konwalią. I trochę wanilią.






