**Dziennik, 12kwietnia 2024**
Dzisiaj w drodze ze szkoły medycznej natknęłam się na leżącego pod ławką w parku psa. Od razu podbiegłam, a przy nim leżała nasza zgubiona smycz ta, którą niechcący wyrzuciła Natalia. Mars, nasz labrador, spojrzał na mnie zmęczonymi, żałosnymi oczami, jakby czekał na ratunek.
Od prawie dwóch lat z bratem, Wiktorem, ledwie rozmawiamy. Ciężko mi pojąć, jak z drobnego spięcia wyrosła taka otwarta kłótnia. Wiktor i ja jesteśmy różnicy jednego roku, od dziecka nierozłączni. Zawsze broniliśmy się nawzajem, a gdy popełnialiśmy jakieś wygłupy, dzieliliśmy się winą po równo nigdy nie chowaliśmy się za sobą.
Nasza rodzinna wioska, Białowieża, rozkwitała z roku na rok. Szczęście nam dopisało, że przewodniczyła nam Pani Patrycja Kowalska, rodowita miejscowa, wybitna specjalistka od rolnictwa. Po ukończeniu studiów rolniczych wróciłem do wioski i od razu włączyłem się w działania społeczne. Po kilku latach, dzięki uznaniu mieszkańców, Patrycja objęła stanowisko wójta Białowieży.
W moim życiu prywatnym też zaszły znaczące zmiany. Po ukończeniu technikum medycznego rozpoczęłam pracę w przychodni w naszej wiosce jako pielęgniarka. Paweł, właściciel małej księgarni przy rynku, nie mógł przejść obojętnie obok takiej piękności. Zainteresował się mną, a ja odwzajemniłam jego uczucia. Wzięliśmy ślub, który cały wieś uczyniła świętem. Wiktor cieszył się z naszej radości, choć jego małżeństwo z Natalią nie było tak różowe.
Zanim się pobraliśmy, Natalia podjadała się do mnie, nazywając mnie bezwartościową i zuchwalą. Po ślubie jej podłość zamieniła się w zazdrość chciała coraz więcej: większy dom, nowy samochód, lepszy płaszcz. Często wykrzykiwała: Inni mają wszystko, a my nic! i tak przygniatała Wiktora. On starał się sprostać jej wymaganiom, lecz ani pieniądze, ani siła nie mogły zaspokoić jej apetytu.
Natalia nie mogła cieszyć się macierzyństwem los nie podarował jej dzieci. A ja, mimo trudności, miałam męża, dwójkę dzieci, przestronny dom i stabilną pracę. Nasze rodzinne spotkania coraz częściej kończyły się kłótnią. Za każdym razem, kiedy wchodziliśmy do domu Jadzi, Natalia zaczynała go oskarżać i krytykować.
Ostatni kryzys wybuchł w dniu urodzin Wiktora. Przyniosłam mu z miasta lądownika labradora już od dawna marzył o takim psiaku. Paweł podarował mu nowy motocykl. Wszystko szło gładko, aż do momentu, gdy pijana Natalia wybuchła gniewem i wylała na mnie całe swoje niezadowolenie:
No i co, Jadzi? Pies to jakiś żart? Gdy nie ma dzieci, przynajmniej kupmy psa!
Starałam się ją uspokoić:
Natalko, uspokój się. Później będzie ci wstyd
Ale moje słowa nie pomogły. Rozpoczęła się gorąca kłótnia, goście podzielili się na dwa obozy. Paweł szepnął do żony, byśmy poszli, a po krótkiej pożegnaniu opuściliśmy przyjęcie.
Dwa lata później Wiktor zaczął unikać siostry. Nasz kontakt ograniczył się do kilku rzadkich spotkań. Między nim a Natalią napięcie tylko rosło. Wieczorami Wiktor coraz częściej wybierał spacer nad rzeką z Marsem. Wspólnie wyglądali na szczęśliwych: Wiktor rzucał patyk, a Mars radośnie gonił go, po czym przytulał się do nóg i słuchał cichych opowieści swojego pana.
Sąsiedzi wiedzieli o tych wyprawach, ale nic nie robili Wiktor był nieustępliwy. Po kolejnej kłótni Natalia zaczęła nienawidzić mnie i nawet Marsa. Gdy nie było nas w domu, wyrzucała psa z drzwi, kopała go, niekiedy go biła.
Sąsiadki podkładały węgiel pod ogień:
Słyszałaś, Natalko, twój mąż znów chodzi nad rzeką z psem
Wczoraj spotkali się z Jadzią i dziećmi, śmiali się i szczęśliwi!
Zazdrość pożerała Natalię. Pewnego wieczoru Wiktor zapytał:
Natalko, nie krzywdzisz Marsa?
Czy potrzebuję twojego psa?! wykrzyknęła, a potem wycofała się do pokoju.
Mars coraz częściej unikał Natalii, drżąc przy jej widoku. Wszystko dobiegło końca, gdy pewnego poranka Wiktor, wściekły, wyciął:
Mam dość tej niekończącej się zazdrości!
Pozostawiona sama, z wściekłością, Natalia wyciągnęła Marsa na podwórko, przywiązała go do ławki i zaczęła go biczować. Biedny zwierzak skowrzył się z bólu. Gdy rozładowała gniew, wyrzuciła smycz, spakowała rzeczy i zniknęła z domu na zawsze.
Wieczorem Wiktor wrócił, ale nie znalazł psa przy bramie. W domu panował bałagan. Na ławce przy podwórzu leżał Mars, uwięziony w sznurze. Szybko go uwolniłem, wziąłem w ramiona i pobiegłem do przychodni.
Wtedy właśnie Jadź, moja siostra, wracała do domu i zobaczyła mnie z krwawiącym pupilem:
Jadzi, pomóż błagał Wiktor.
Przeniosłem Marsa do gabinetu, a Jadź dokładnie zbadała zwierzę:
Kto to zrobił?
Natalia spuścił wzrok Wiktor.
Jadź skinęła głową, zszyła rany, przemyła oczy i podała mu wodę. Później, na korytarzu, Wiktor szeptał przepraszając:
Przepraszam, Jadzi
No już, zmęczona jestem, siostro. A z Natalią?
Nie, Jadzi. To koniec.
Zadzwoniłem do Pawła:
Pawle, przyjedź proszę.
Gdy tylko usłyszał zmęczony ton mojego głosu, Paweł ruszył natychmiast. Po pół godzinie stał w korytarzu. Widząc nas razem, z Marsem, który cicho jęczał, uśmiechnął się i powiedział:
Chodźcie, bohaterowie.
Zabrano Wiktora do szpitala, a my otrzymaliśmy porady, jak dbać o psa. Gdy opowiedziałam wszystko matce, jedynie westchnęła:
Powinni się już dawno rozwieść.
Z tą myślą ruszyłam do syna, by pomóc uporządkować dom.
Na sali gimnastycznej Wiktor siedział, głaszcząc Marsa. Matka podeszła, pogłaskała nas oboje:
Żyjecie?
Żyjecie odparł Wiktor.
Z kuchni unosił się zapach gotowanego mięsa i świeżych warzyw. Mars potrząsnął ogonem, podszedł i położył łapę na nosie. Wiktor uśmiechnął się i wstał.
Życie toczy się dalej.






