Zdecydowałam się na adopcję dziecka porzuconego w Oknie Życia przy oddziale położniczym szpitala w W…

Dowiedziałam się, że ktoś zostawił noworodka w Oknie Życia przy szpitalu imienia Kopernika w samym sercu Torunia. Zanim zdążyłam się obejrzeć, dopadła mnie chęć zaopiekowania się tym maleństwem może to przez pustkę po śmierci mojego męża trzy miesiące wcześniej, może przez mój wrodzony instynkt samozwańczego ratownika. Tak czy inaczej, decyzja zapadła, zanim zdążyłam dwa razy pomyśleć.

Wzięłam się ostro do pracy a raczej do papierkowej roboty, bo biurokracja w Polsce to sport narodowy. Nazbierałam całą stertę dokumentów, od zaświadczeń przez certyfikaty aż po oświadczenie, że nie jestem jeszcze szalona. Wszystko poszło jak z płatka. Kontrole były, oczywiście, z każdej możliwej instytucji, łącznie z pytaniami, czy pies nie gryzie i czy w lodówce mam kapustę. W końcu, po tych wszystkich testach i inspekcjach, kilka dni później byłam już dumną mamą chłopca. I, jakby to był znak z nieba (czy raczej z urzędu stanu cywilnego), nadałam mu imię po moim mężu Janusz. Słyszeć to imię na nowo w domu to był balsam na moją duszę.

Janusz rósł jak na drożdżach, zawijał mnie wokół palca, aż pewnego dnia rzucił w powietrze pytanie  A będę miał siostrę? Chciałoby się powiedzieć, że dzieci nie wiedzą, czego chcą, ale Janusz wiedział aż za dobrze. Na szczęście, mój tryb pracy zdalnej pozwala mi sterować całym chaosem rodzinnym zza laptopa i filiżanki kawy, więc stwierdziłam, że czemu nie roboty tyle co nic, a frajda podwójna.

Przy drugim podejściu już znałam wszystkie urzędowe meandry. Pomysł ekspresowej adopcji dla zaawansowanych! Przywieźli mnie znowu do szpitalnego pokoiku, a tam leżała ona trzygniotkowa malutka dziewczynka, śpiąca jak suseł. Spojrzałam i przepadłam. Z miejsca postanowiłam, że będzie nasza. Dokumenty, badania wszystko poszło szybciej niż polski ekspres Intercity z Krakowa do Gdyni (jeśli kiedyś taki pojedzie na czas).

I tak oto jestem mamą dwójki dzieci mojego syna Janusza i córki Jagody. Tworzymy całkiem zgrany, nieco szalony zespół, który potrafi śmiać się nawet, gdy komputer zawiesza się tuż przed deadlinem w pracy. No i co tu dużo mówić, chyba naprawdę jesteśmy najszczęśliwszą rodziną pod polskim niebem.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

13 − 2 =

Zdecydowałam się na adopcję dziecka porzuconego w Oknie Życia przy oddziale położniczym szpitala w W…