Zgubić człowieka

-Czesia, wychodzę. – powiedział Michał, chrząknąwszy, obcym, bezbarwnym głosem.
-Do garażu idziesz? mruknęła automatycznie Czesia, zerkając przelotnie na męża.
-Nie. Czesiu, odchodzę od ciebie. Do innej kobiety…
Niedoczyszczony ziemniak wypadł jej z rąk i potoczył się pod stół. Przez chwilę patrzyła, jak zbiega, próbując przetrawić, co usłyszała, po czym nagle obróciła się i wbiła w niego wzrok. W końcu dotarło do niej, co powiedział. Z zewnątrz mogło się wydawać, że jest spokojna jak skała pośrodku Bałtyku. Tymczasem w środku właśnie przeszła lawina uczuć. Wszystko, co najważniejsze miłość, radość, niespełnione nadzieje zostały pogrzebane pod tymi gruzami…

-I kto to jest? zapytała Czesia, siląc się, by nie podnieść głosu i nie rzucić się na niego z pięściami.
-Nie znasz jej, Czesiu. Ale ona jest… No, nie wiem jakby stworzona dla mnie. Rozumiemy się bez słów, mamy ze sobą naprawdę wiele wspólnego. Ogromnie dużo! ekscytował się Michał, a w myślach Czesia miażdżyła go obieraczką, wyobrażając sobie, jak się wije z bólu…
-No, chyba w końcu odnalazłeś swoje szczęście. Gratuluję. powiedziała tylko, odkładając ręce i obieraczkę pod kran skończyła już z ziemniakami. I nie muszę znać szczegółów. Jesteś wolny. Idź. Do kolacji cię nie zapraszam, pewnie już na ciebie czekają…
Michał pociągnął nosem, nie wiadomo z ulgi, czy z emocji, i poszedł do sypialni zbierać rzeczy. A Czesia, żeby nie upaść, złapała się kurczowo zlewu, patrząc na pobielałe kłykcie palców. Marzyła tylko o tym, by nie runąć na ziemię i żeby już dosłownie poszedł…

-To ja… Ja już pójdę, dobra? wymamrotał ostrożnie Michał, odskakując do drzwi. Odwróciła się do niego. Jej twarz była spokojna, nawet pogodzona. Widać było, że jest zaskoczony spodziewał się łez i wyrzutów, a dostał obojętność. Parsknął i wyszedł z kuchni.
Czesia poczekała, aż zamkną się drzwi wejściowe i osunęła się bez sił na podłogę. Zatopiła zęby w nadgarstku, by nie zawyć. Jak zranione, zagrzebane zwierzę, dla którego już nie pozostały żadne szanse… Szanse na życie. Dopiero po trzech godzinach, zapuchnięta i zachrypnięta od płaczu, doczołgała się do sypialni i, ubrana, opadła na łóżko. Świat pociemniał…

…Czesia obudziła się w środku nocy, ogarnięta bolesną nostalgią. Wspominała, jak się poznali. Ona, młoda, nieobyta dziewczyna, przyjechała do małego miasta pod Wrocławiem na nakaz pracy, a w pierwszy weekend poszła z koleżankami na zabawę taneczną. Tam go poznała. Był w grupie chłopaków pilnujących porządku w parku miejskim.

Wysoki, barczysty, z szerokim uśmiechem Michał wyróżniał się z grona. Czesia, raz na niego spojrzawszy, oniemiała. Wiedziała, że już po niej. A on patrzył na nią z lekkim dystansem i rozbawieniem. Jemu też wpadła w oko chuda, o żywych oczach, dziewczyna, i tego samego wieczoru sam zaproponował, by ją odprowadzić. Od tamtego dnia się już nie rozstawali…

Spotykali się niemal codziennie. Po trzech miesiącach złożyli wniosek o ślub cywilny. Latem wyprawili huczne wesele. Na początku żyli w akademiku. Potem, kiedy Czesia urodziła pierwsze dziecko, dostali swoje pierwsze, dwupokojowe mieszkanie. Z radości nie mieścili się w sobie. Kochali się naprawdę, tak po prostu, bez słów z oczu, z ust, z dotyku ręki. Najdziwniejsze było to, że w ogóle się nie kłócili. To rzadkość! Prawdziwa para jak dwa pasujące do siebie puzzle, jak plus i minus, jak yin i yang…

W zeszłym tygodniu minęło im dokładnie trzydzieści sześć lat małżeństwa. I najgorsze, że trzydziestu siedmiu raczej już nie będzie… Przyszła jej na myśl ta myśl i znowu się rozpłakała. Tym razem cicho, gorzko, jakby żegnając szczęście i miłość swojego życia…

Poranek był ponury, jak i nastrój Czesii. Ale trzeba było wstać duży dom, gospodarstwo, wszystko wymaga opieki. Wypiła herbatę z cukrem, ale na więcej nie mogła się zdobyć. Potem zabrała się za porządki. Posprzątała, nakarmiła kury, wyprowadziła kozę na wybieg, umyła podłogi, pozmywała rzucane wczoraj naczynia. Robiła wszystko z zacięciem, byle się nie zatrzymać i nie myśleć o najgorszym. O tym, co się stało. Ale była jeszcze inna sprawa jak powiadomić dzieci, syna Wojtka i córkę Dankę. Odważyła się dopiero w porze obiadowej.

-Mamo, on chyba oszalał? Jak to znalazł inną? Kogo inną? To jakiś głupi żart? Mamo, przyjeżdżamy do ciebie? Zaraz, teraz po prostu wsiadamy w auto? przejęta mówiła córka.
-Nie, nie Danka, nie przyjeżdżajcie! Dziecko drogie, ty już prawie rodzisz, takie stresy są ci niepotrzebne. Poradzę sobie, w końcu nikt nie umarł.
Syn zareagował ostro. Sypał przekleństwami, aż do słuchawki. Czesia aż go upomniała przestań ojca obrażać, wszystko się w życiu zdarza. Ustalili, że Wojtek przyjedzie w weekend…

Po rozmowach z dziećmi nieco jej ulżyło. Przechodząc obok lustra w przedpokoju, spojrzała na siebie i zastygła. Patrzyła na nią pulchna kobieta w szlafroku, bez makijażu, z opuchniętymi oczami i spękanymi ustami.

-No tak Nic dziwnego, że znalazł sobie jakąś młodą. Zobacz na mnie. Gruba, bez fryzury, bez manicure, bez makijażu. Tamta pewnie piękna, a ja o sobie dawno zapomniałam. Dzieci, mąż i wnuki na pierwszym miejscu. Potem kury, ogródek Ech Czesia przetarła twarz i westchnęła, wyobrażając sobie młodszą kochankę i Michała…
Wspomniała cały ostatni rok i zrozumiała wiele. Rok był trudny ciężka ciąża córki, narodziny wnuka u syna, nieustanny rozgardiasz, sprawy gospodarcze. Całą sobą była oddana rodzinie, na męża nie starczało czasu. Michał wracał z pracy, jadł samotnie, bo jej nie było. Nawet w weekendy zostawał sam, gdy ona biegała za wnukami. Wtedy, widocznie, miał czas na nową przygodę. Przypomniała sobie, jak oddalał się coraz bardziej, stawał się obcy. Ale ona zapracowana, nie dostrzegała, a może nie chciała…

…Zaczęły się dni bez niego. Na początku było ciężko, potem powoli lepiej. Dzieci prosiła, żeby nie unikały ojca. W końcu ojciec jest dobry, wnuki uwielbia. To nie ich problem. Dzieci trochę pomarudziły, ale obiecały. Po pół roku Czesia poczuła się spokojniej. Smucić się nie było kiedy cały dom na jej głowie, wnuki, gospodarstwo, a nawet dorabiała do emerytury. Schudła, zmieniła fryzurę, wyglądała coraz lepiej. Uśmiech, jej najlepsza ozdoba, wrócił na miejsce. Życie płynęło dalej.

I wtedy, pół roku później, telefon z nieznanego numeru. W słuchawce głos zapomniany lekko, ale bliski.

-Czesiuniu, moja kochana Wybacz, przyjmij mnie z powrotem. Nie mogę bez ciebie żyć. Dwa pierwsze miesiące jak we mgle, a potem już tylko ty przed oczami, zwłaszcza gdy zasypiam. Czesiu, pozwolisz mi wrócić? błagał Michał.
-Nie pozwolę. Idź do tej swojej młódki. Macie ze sobą dużo wspólnego, a ja bez ciebie daję radę. ucięła Czesia i się rozłączyła.
Od tej pory zaczął się maraton telefonów. Wieczorami Michał dzwonił, przekonywał, przepraszał, zaklinał.

-Czesia, my już nie młodzi. Co tu dzielić na stare lata? Błąd popełniłem, jak każdy człowiek. Kocham cię i rodzinę kocham Wojtka, Dankę i wnuki. Chcę być z wami.
-A kto ci broni, Michał? Kochaj dzieci, wnuki. Ich przecież nie porzuciłeś. Ale beze mnie sobie poradzisz. Koniec. Rozbitej filiżanki nie skleisz, jakbyś się nie starał. ucięła.
Dzieci, początkowo źle nastawione do ojca, zaczęły bronić Michała.

-Mamo, tata wygląda jak cień człowieka. Bardzo żałuje, przecież każdy popełnia błędy. Może mu jednak wybaczysz? prosiła Danka.
-No właśnie, mamo. Byłoby lepiej, gdybyś mu dała jeszcze jedną szansę. Przecież wiem, że go kochasz. wtórował Wojtek.
-Nie i nie. Nie proście więcej. Nie potrafię z nim już żyć po tym wszystkim. Zawsze będę pamiętać, jak mnie zdradził.

Tak żyła sobie Czesia. Pracowała, dom prowadziła, z wnukami bawiła się. Bez Michała.

A Michał tymczasem rozstał się z tamtą kobietą, z którą miał tyle wspólnego. Zamieszkał u swojej starej mamy. Bardzo tęsknił za Czesią, często wspominał ich życie. Strasznie żałował, ale nie dało się już nic cofnąć. Musiał z tym żyć…

W końcu zdecydował się na krok. Postanowił iść pod dom Czesii, paść jej do nóg i prosić o przebaczenie. Może się zlituje i przyjmie z powrotem. Jeśli nie chociaż ją zobaczy…

Ubrał się elegancko i ruszył w drogę. Przyjechał. Stuka do drzwi nikt nie otwiera. Czesia akurat wyszła w noc na dyżur do pracy. Postukał jeszcze trochę i uznał, że poczeka na werandzie, na ławce. Położył się i zasnął zdrowym, mocnym snem. Dawno tak nie spał. Może to przez znajome ściany, zmęczenie.

Czesia wróciła nad ranem do domu. I niespodzianka. Patrzy a Michał jakby nie oddychał. Twarz blada w świetle księżyca. Szturchnęła go lekko ręką żadnej reakcji. Popukała w ramię nic. Zaczęła nim potrząsać ani drgnie.

-O Boże drogi… Ojejku… Misiu mój ukochany, na kogoś ty mnie zostawił, na kim ja się teraz oprę… Jak ja bez ciebie będę żyć, najdroższy mój… zaniosła się łzami, padając mu na piersi…
A on nagle, niespodziewanie, chwycił ją za ramiona i zaczął całować.

Aha, czyli jednak kochasz, skoro mówisz ukochany. Ja ciebie też, Czesiuniu moja, kocham. Wybacz mi, dziewczyno moja jedyna! Bez ciebie nie umiem żyć. – ukląkł przed nią zakrywając twarz dłońmi…
Ty, łobuzie! Ty, cwaniaku bezwstydny! biła go po plecach Czesia. Naprawdę myślałam, że umarłeś, że coś sobie zrobiłeś i do domu przyszedłeś umierać. Nawałęszałeś się, kocurze marcowy? To masz za swoje…
…Od tego dnia Czesia i Michał pogodzili się i żyli lepiej niż kiedykolwiek. Kochali się mocniej, bo zrozumieli, czym jest stracić swojego człowieka tego najbliższego i najważniejszego. I jeszcze jedno czasem warto wybaczać. Duma nie zawsze jest dobra. Nawet jeśli ktoś bardzo zawinił, można mu znaleźć w sercu malutki kącik. A jeszcze bardziej trzeba cenić i chronić to, co się ma, a nie żałować utraconego szczęścia. Ot, taka właśnie historia z dobrym zakończeniem.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście + dziewiętnaście =

Zgubić człowieka