Przyjaciele przyszli z pustymi rękami do zastawionego stołu, a ja zamknęłam lodówkę.
Jarek, jesteś pewien, że trzy kilo karkówki wystarczy? Ostatnim razem wymiotli wszystko dosłownie do ostatniego kęsa, nawet miękisz z chleba wycierali sosem. A Bożenka jeszcze poprosiła o pojemniczek na wynos niby dla pieska, a potem wrzuciła na Facebooka zdjęcie mojego pieczenia jako własne dzieło kulinarne.
Sabina nerwowo miętosiła brzeg kuchennej ścierki, rozglądając się po kuchni, która wyglądała teraz jak pole bitwy. Dochodziło ledwie południe, a ona już ledwo trzymała się na nogach od szóstej rano była w ruchu: najpierw bazarek na Jackowie, żeby kupić świeże mięso, potem Biedronka po wino i śledzie w oleju, potem niekończące się krojenie, gotowanie, smażenie.
Jarek, jej mąż, stał przy zlewie i z melancholią obierał ziemniaki. Sterta obierek rosła, podobnie jak jego ciche rozdrażnienie, które jednak starał się ukryć.
Sabinko, kochana, no ile tym ludziom trzeba? westchnął, opłukując kolejną bulwę. Trzy kilo mięsa na czterech gości i nas dwoje? To pół kilo na głowę! Jeszcze się obrażą, że im za dobrze. Ty się naprawdę postarałaś: i łosoś, i śledzik, wielkie misy sałatek. Przecież my nie wesele robimy, tylko parapetówkę, i to ze sporym opóźnieniem.
Ty nie rozumiesz machnęła ręką Sabina, mieszając sos na patelni. Przecież to Grażka z Krzyśkiem i Renata z Tomkiem. Starzy znajomi, nie widzieliśmy się dłuuugo. Oni specjalnie przyjadą aż z Woli. Źle będzie, jeśli będzie biedny stół, zaraz pomyślą, że się wywyższamy, bo mieszkanie kupiliśmy i skąpimy.
Sabina zawsze taka była. Gościnność miała we krwi, po babci, która z niczego umiała nagotować gar dla pół wsi. Dla Sabiny pusty stół był hańbą. Goście to uczta. Święto to stół ma się uginać. Układała menu tydzień, wynajdywała przepisy, odkładała złotówki z pensji, by kupić ten koniak, który pijał Krzysiek i wino Bordeaux, co to Grażka mówiła, że tylko takie uznaje.
Lepiej by coś sami przynieśli burknął Jarek. Jak u Tomka na urodzinach, trzeba było zabrać i prezent, i swoją wódkę, a ty jeszcze ciasto piekłaś. A oni? Gdy byliśmy u nich na herbatę: ekspresowa herbata z torebki i suchary pamiętające chyba komunę.
Nie bądź taki drobiazgowy, Jareczku zganiła go cicho żona. Wtedy ciężki mieli czas, kredyt, remont. Teraz już odbili się od dna. Krzysiek awans dostał, Renata nową kurtkę z aligatorem kupiła, chwaliła się w pracy. Może coś tym razem przyniosą? Ciasto, owoce Ja specjalnie deseru nie szykowałam, Grażce dałam do zrozumienia, że po słodycze mogą wpaść do sklepu.
O piątej popołudniu mieszkanie lśniło, a stół przypominał witrynę w najlepszej restauracji. Na środku salceson w galarecie, wokół miski sałatki jarzynowej (z wędzonym językiem i rakami, nie jakimś mortadela!), śledź pod pierzynką, udekorowany czerwonym kawiorem, wędliny własnej roboty, domowy pasztet. W piekarniku powoli przypiekała się ta karkówka, a w lodówce chłodziła się Finlandia, koniak i trzy butelki wina.
Sabina, wykończona ale szczęśliwa, włożyła swoją najlepszą sukienkę, poprawiła fryzurę i usiadła na fotelu w salonie, czekając na dzwonek do drzwi.
Trochę się denerwuję wyznała mężowi, który dopinał koszulę. Pierwsza taka wizyta w naszym własnym mieszkaniu. Chcę, żeby było idealnie.
Dzwonek zabrzmiał dokładnie o siedemnastej. Goście byli punktualni.
Sabina zerwała się otwierać. Na progu stała rozbawiona ekipa: Grażka w nowiutkim płaszczu z norek, wartym pewnie tyle co pół kuchni Sabiny, Krzysiek w skórzanej kurtce, Renata z mocnym makijażem i Tomek już lekko podlany.
No witamy, nowych właścicieli! krzyknęła Grażka, wtaczając się do przedpokoju i otulając Sabinę chmurą ciężkich słodkich perfum. No, pokażcie te apartamenty!
Goście hałasowali rozbierając się, wrzucając ubrania na ręce Jarka, który ledwo nadążał z odwieszaniem kurtek i płaszczy. Sabina z uśmiechem witała przyjaciół, kątem oka zerkając na ich dłonie.
Dłonie wszystkich były puste. Kompletnie. Ani reklamówki, ani pudełka z tortem, ani nawet czekoladki.
A gdzie zaczęła Sabina, lecz przerwała, bo głupio zapytać wprost. Może zostawili w aucie? Może i coś małego w kieszeni?
Ojej, Sabinka, jak ty schudłaś! Renata cmoknęła ją w policzek, nie zdejmując butów i od razu pomknęła zwiedzać. A remont macie No, tak sobie, ale przynajmniej czysto. Tapety pod malowanie? Ble, jak w banku. Trzeba było zrobić w stylu pałacowym!
My lubimy prostotę odparł Jarek, wprowadzając wszystkich do salonu. Zapraszam do stołu.
Wbili do jadalni. Krzysiek patrząc na stół aż przecierał ręce z zachwytu.
Ho ho! Ale bal! roześmiał się. Sabinka, robisz robotę, dobrze wiedziałem, że warto było się fatygować. Nic od rana nie jadłem, żeby u ciebie się najeść do pełna!
Wszyscy usiedli. Sabina pędem wróciła po przystawki gorący żurek w kokilkach. W myślach jedno: Może prezent mają w kopercie? Dlatego przyszli z pustymi rękami?
Wracając widzi, że goście już grzebią widelcami po sałatkach, nie czekając na toast.
No, pycha ta jarzynowa! mamrotał Tomek z pełną gębą. Jarek, dawaj wódkę! Co tak tu sucho?
Jarek rozlał panom wódkę, paniom wino.
No to za wasze nowe gniazdko! uniósł kieliszek Krzysiek. Oby wam tu dobrze było, żeby sąsiedzi nie robili problemów, niech ściany trzymają. Wypijmy!
Opróżnił kieliszek i sięgnął po łososia.
Ej, Sabina mruknął czemu ta wódka taka letnia? Trzeba było wrzucić do zamrażalnika.
Była w lodówce, Krzyś szepnęła Sabina, czując zalążek irytacji. Ma pięć stopni, jak trzeba.
E, tam Wódka musi być jak lód! Dobra, niech będzie. A koniaczek jest? By się poprawiło!
Jest przytaknęła Sabina ale może najpierw zjemy?
Jedno drugiemu nie przeszkadza! zarechotał Tomek.
Impreza się rozkręcała. Jedzenie znikało z szybkim tempie. Goście pochłaniali wszystko, jakby byli na czczo od tygodnia i nie szczędzili krytyki.
Śledź pod pierzynką jakby suchawy powiedziała Grażka, dokładając sobie już trzecią porcję. Dałaś za mało majonezu, czy oszczędzasz?
Domowy majonez, nie taki tłusty jak sklepowy tłumaczyła Sabina.
Daj spokój z tymi wynalazkami machnęła ręką Renata. Ze sklepu lepszy i szybciej. Kawior drobny, gorbusza? Ja zawsze biorę z ketą, większe ziarenka.
Sabina spojrzała znacząco na Jarka, który siedział czerwony, ściskając widelec.
Powiedzcie, jak tam u was? próbował zmienić temat Jarek. Grażka, podobno byłaś w Egipcie?
Och, to było coś! Hotel pięciogwiazdkowy, wszystko w cenie, szampan i homary. Torbę sobie kupiłam, oryginalny Louis Vuitton, osiem tysięcy prawdziwych polskich złotych, ale warto! Krzysiek trochę kręcił nosem, ale co, żyje się raz!
Kobiety to tylko by kupowały przytaknął Krzysiek, sam już dolewając sobie koniaku. Teraz kupuję nową furę, SUV-a. Kasę odłożyliśmy, nie szastamy na głupoty jak remonty.
Co masz do remontów? zdziwiła się Sabina.
Ściany to ściany dorzuciła Renata. My od dziesięciu lat żyjemy w tapetach po babci. Zamiast wydawać na gładzie, wolę morze, lepsze ciuchy, restauracje. A wy wciąż inwestycje w beton nuda, kochani.
Apropos restauracji wszedł w słowo Tomek, ocierając ustnik o obrus wczoraj byliśmy w Kameralnej. Szef kuchni robi cuda! Rachunek co prawda na siedem stów, ale warto. Nie to, co domowe krojenie. Sabin, a mięso będzie? Bo te sałatki nie sycą, chce się jeść!
Sabina wstała po brudne talerze. W środku trzęsła się ze złości. Ci sami, co chwalą się torbą za kilka tysięcy i obiadem w drogim lokalu, przyszli do niej z pustymi rękami. Nawet kwiatka w doniczce nie przywieźli. Ani czekolady do kawy.
Wyszła do kuchni. Zaraz za nią przysnuła się Grażka niby z pomocą, a naprawdę, by pogadać.
Sabinka, no, nie powiem, zastawiony stół, ale widać, że was wymęczyło. Wino jakieś takie, no, zwyczajne. My byśmy takie pili na działce, do kiełbasy. Mogłaś chociaż lepsze kupić na okazję.
Grażka, to francuskie, dwieście pięćdziesiąt za butelkę wysyczała Sabina.
Co ty wygadujesz? Przepłaciliście. Kwas bardziej niż ocet. Słuchaj, a masz może coś na wynos? Będzie kaca jutro, nie chce się gotować. Mięso, sałatki Wiem, że Ci zostanie, a wam we dwoje i tak nie przejecie.
Sabina zamarła z talerzem w ręku. Odwróciła się bardzo wolno.
Chcesz, żebym ci spakowała jedzenie?
No jasne, zawsze tak robimy! Budżet się pilnuje! zachichotała Grażka. A jest coś na deser? Tęsknię za czymś słodkim. Masz jakieś ciasto?
Przypomniałam ci, że ciasto miałaś Ty przynieść szepnęła Sabina spokojnie.
Ja?! Co ty! Przecież jestem na diecie, nie kupuję słodyczy. Myślałam, że ty upieczesz swój sernik albo coś dobrego kupisz. Liczyliśmy, że gospodarze wszystko mają w końcu teraz mieszkacie jak królowie.
Sabina spojrzała na lodówkę, gdzie stał wielki tort bezowy z owocami, zamówiony za pięćset złotych jako niespodzianka.
Otworzyła piekarnik, dolała do mięsa tłuszcz dla aromatu. Lodówkę zamknęła na głucho.
Nie będzie mięsa powiedziała głośno.
Jak to? Grażka nie rozumiała. Spaliło się?
Nie. Po prostu nie będzie.
Sabina weszła do salonu. Panowie już sami się obsługiwali, rozmawiając głośno o polityce. Jarek miał smutną minę.
Drodzy goście głos Sabiny był jak stalowa linka. Ucztowanie skończone.
Wszyscy zamilkli, Krzysiek zastygł z kieliszkiem.
Sabinko, co się dzieje? Przecież miało być mięso! Obiecałaś!
Obiecałam, ale się rozmyśliłam.
Jak to? My głodni! Daj mięso, bo sałatka to trawa! zaczęła Renata.
Mięso zostaje w piecu. Możecie się zbierać, wrócić do Kameralnej na kolację za siedemset albo zamówić pizzę. U nas już dzisiaj koniec imprezy.
Oszalałaś? oburzył się Tomek. Jarek, powiedz jej coś! Co to za cyrk, my goście!
Jarek wstał spokojnie.
Sabina nie zwariowała. Po prostu się zmęczyła. Przyszliście bez nawet szczątka podarunku, wypiliście mój koniak, wyśmialiście pracę Sabiny, nasze wino nazywacie kwasem, mieszkanie biurem. Teraz żądacie jeszcze mięsa?
Przecież żartowaliśmy! piszczała Grażka. Tort zapomnieliśmy, zdarza się! Ale przynieśliśmy dobry humor!
Na nasz koszt? parsknęła Sabina. Cały ranek w kuchni, pół pensji na produkty. Chciałam dla was dobrze. Jesteście pasożytami. Żerujecie na innych. Podróże po świecie, ale złotówki na czekoladę żal.
No to już przesadziłaś! Krzysiek wstał, odsunął krzesło. Wytykasz kromkę chleba? Nie wrócimy więcej, dusigrosi!
Zbierajcie się powiedział spokojnie Jarek, otwierając drzwi szeroko. I zabierzcie swoje pojemniki. Zostaną puste.
Goście wynieśli się, drzwi zatrzęsły się od tupotu i lamentu. Grażka krzyczała, że Sabina to nie przyjaciółka, że wszystkim opowie jaka jest wredna. Renata narzekała na stracony wieczór. Panowie przeklinali.
Kiedy za ostatnim gościem zatrzasnęły się drzwi, w mieszkaniu rozlała się cisza. Sabina stała pośród rozsypanych serwetek i brudnych talerzy.
Jarek objął ją ramieniem.
Jak się czujesz? zapytał cicho.
Trzęsą mi się ręce wyszeptała. Jarek może przesadziłam? Może trzeba było dać i się uśmiechać?
Nie, Sabinko. Po prostu wreszcie zaczęłaś się szanować. Jestem z Ciebie dumny. Sam bym ich wyrzucił za pięć minut.
Sabina odetchnęła i przytuliła się do męża.
A mięso? Jarek po chwili spojrzał z figlarnym uśmiechem. Jest w piekarniku? Tak pachnie, że ślinka mi cieknie.
Sabina pierwszy raz tego wieczoru naprawdę się roześmiała.
Jest, Jareczku. I tort bezowy czeka.
Usiedli przy stole, przesuwając brudne talerze na bok. Sabina wyjęła blachę z mięsem, przyniosła tort. Nalała kwaśnego Bordeaux do kieliszków.
Za nas powiedział Jarek stukając się z żoną. Aby w naszym domu bywali tylko tacy, co przychodzą z otwartym sercem, nie pustą ręką.
Jedli mięso, które rozpływało się w ustach, ciesząc się ciszą i swoją obecnością. I to była najlepsza kolacja w ich życiu.
Po godzinie telefon Sabiny zabrzęczał. Przyszła wiadomość od Grażki: No to jesteś jędza! Siedzimy w McDonalds i żujemy kanapki przez ciebie! Powinnaś przeprosić!.
Sabina uśmiechnęła się i nacisnęła blokuj. To samo zrobiła z numerami Renaty, Krzyśka i Tomka.
Lista kontaktów w telefonie skróciła się o cztery nazwiska, ale powietrza w życiu przybyło. Lodówka została pełna przysmaków na cały tydzień dla nich dwojga. I nikt nie dostał nawet okruszka, jeśli na niego nie zasłużył.
Ta historia przypomina, że przyjaźń to ulica dwukierunkowa. A czasem zamknięta lodówka to najlepszy sposób, by ocalić szacunek do siebie.





