Ważył sto osiemdziesiąt trzy kilogramy. Jedno uderzenie tej łapy mogłoby złamać człowiekowi żebra jak zapałki. A jednak w gabinecie zabiegowym wrocławskiego ZOO to on pierwszy wyciągnął rękę.
Nazywał się Bakari. Przywieziono go do Wrocławia w 2011 roku, w ramach europejskiego programu ochrony goryli nizinnych zachodnich. Miał wtedy dziewięć lat i już wtedy budził respekt samą sylwetką — klatka piersiowa jak beczka, ręce grubsze niż udo dorosłego mężczyzny. Przez piętnaście lat opiekunowie obserwowali go codziennie: jak dzieli się jedzeniem z młodszymi samicami w grupie, jak cierpliwie znosi harce małych, jak siada plecami do szyby, gdy dzieci pukają w nią zbyt długo.
Co dwa lata Bakari przechodził pełne badanie kontrolne pod narkozą. To rutyna, ale rutyna, która kosztuje zespół weterynaryjny tygodnie przygotowań. Trzeba sprawdzić serce — u goryli w niewoli choroby układu krążenia to główna przyczyna zgonów, znacznie częstsza niż w naturze. Trzeba obejrzeć zęby, stawy, oczy, zrobić USG. Zwierzę tej wagi usypia się z ogromną ostrożnością — dawka musi być liczona co do miligrama, bo za mało znaczy, że się obudzi w połowie zabiegu, za dużo może zatrzymać serce.
Tamtego dnia, w środę pod koniec sierpnia, w sali zabiegowej pachniało środkiem dezynfekcyjnym i mokrą sierścią. Za oknem akurat lało — sierpniowa ulewa, jakich Wrocław miał tego lata sporo. Lekarz weterynarii, doktor Sobczak, sam wyliczał dawkę trzy razy, zanim kazał podać zastrzyk — sto osiemdziesiąt trzy kilogramy żywej wagi, dwa miligramy na kilogram, ani grama więcej. Sprzęt do resuscytacji stał przygotowany na wózku obok, chociaż nikt o tym nie mówił głośno. Dziewięćdziesiąt sekund po iniekcji Bakari osunął się na bok wybiegu, a dwóch technicznych przeniosło go na noszach do sali zabiegowej — czterech ludzi, sto osiemdziesiąt trzy kilogramy, ostrożnie, żeby nie uszkodzić stawu barkowego.
Ilona Marek, pielęgniarka weterynaryjna, przypięła elektrody do klatki piersiowej i patrzyła na monitor. Rytm szedł równo, sześćdziesiąt cztery uderzenia na minutę, ale w pierwszych dwudziestu minutach narkozy zdarzają się zapaści — widziała to raz, u samicy szympansa, trzy lata temu, i od tamtej pory przy każdym znieczuleniu trzymała dłoń blisko aparatu do wstrzykiwań, gotowa. Doktor Sobczak pochylał się nad USG, mrucząc pod nosem cyfry. Nikt nie odzywał się bez potrzeby. Tylko deszcz walił w szybę i piszczał monitor.
To wtedy się stało. Nieprzytomny, głęboko uśpiony Bakari poruszył ręką — tą wielką, pokrytą czarną sierścią dłonią, w której zmieściłaby się cała głowa człowieka — i objął palce Ilony. Nie ścisnął, nie szarpnął. Po prostu trzymał.
Ilona zamarła z elektrodą w drugiej ręce, nie dokończywszy ruchu. Przez chwilę nikt się nie odezwał — doktor Sobczak podniósł wzrok znad USG, ale nie kazał jej się cofnąć. Monitor pisnął miarowo, raz, drugi. Serce biło dalej, sześćdziesiąt cztery na minutę, bez zmian. Dopiero po dłuższej chwili Ilona spróbowała delikatnie wysunąć rękę — uścisk nie puszczał, nie mocno, ale stanowczo, jakby to nie był przypadek.
Fotograf zoo, Marcin Dudziak, akurat zmieniał obiektyw i złapał ten kadr niemal przypadkiem. Opuścił aparat i przez sekundę stał bez ruchu, zanim w ogóle zrobił zdjęcie — dopiero za drugim razem podniósł go z powrotem do oka. Powiedział później, że kiedy przyłożył swoją dłoń obok łapy goryla, żeby na kolejnym ujęciu pokazać skalę, cofnął ją odruchowo, jakby się poparzył. Bo ta ręka, zdolna wyrwać drzwi z zawiasów, w tamtej chwili robiła coś zupełnie innego, a on nie potrafił znaleźć słowa, żeby to sobie samemu wytłumaczyć.
Nikt z personelu nie umiał wytłumaczyć, dlaczego Bakari akurat wtedy sięgnął po rękę Ilony. Anestezjolog przypuszczał, że to odruch — mięśnie reagujące na dotyk elektrody, nic więcej. Ilona miała inne zdanie, choć nie afiszowała się z nim przy kolegach. Dziennikarzowi lokalnej gazety powiedziała tylko, krótko, między jednym telefonem a drugim: — Osiem lat go karmię. Zawsze pierwszy podchodzi do szyby, kiedy jestem w gorszym dniu. Nie wiem, skąd on to bierze. Ale bierze.
Zdjęcie trafiło na stronę zoo, a stamtąd — w ciągu dwóch dni — do mediów w całej Polsce, potem za granicę. W komentarzach powtarzał się jeden wątek: zdziwienie, że siła i czułość mogą mieszkać w tym samym ciele.
Badanie skończyło się dobrze. Serce zdrowe, stawy bez zmian zwyrodnieniowych mimo wieku, wzrok w normie. Bakari obudził się po czterech godzinach — najpierw poruszył uchem, potem otworzył oczy, a po dwóch kolejnych godzinach sięgnął po pierwszy kawałek banana, co doktor Sobczak odnotował w karcie jako dobry znak.
Nikt w zoo nie robił z tego wielkiej ceremonii. Ilona wróciła następnego dnia do pracy, karmiła grupę o siódmej rano — te same wiadra, ta sama kolejność, najpierw samice z młodymi, potem samce — sprzątała wybieg, robiła notatki do dziennika behawioralnego. Przy wybiegu przystanęła na chwilę dłużej niż zwykle. Bakari siedział tyłem do szyby, jak zawsze, kiedy dzieci pukały za długo, ale gdy usłyszał jej głos, odwrócił się i podszedł, powoli, jakby nigdy nic.
Zdjęcie zostało, wisi teraz w korytarzu przed pawilonem małp człekokształtnych, w prostej ramce, bez podpisu poza datą i imieniem zwierzęcia. Dzieci pytają rodziców, czy goryl bał się zastrzyku. Dorośli pytają, czy to prawda, że wiedział, co robi.
Ilona przechodzi tamtędy codziennie, w drodze do magazynu z paszą. Czasem przystaje na chwilę, poprawia rękawiczkę i idzie dalej — o siódmej trzeba już być przy wiadrach.






