Pracuję w kawiarni na rogu, tam gdzie zawsze pachnie szarlotką i za mocno zaparzoną kawą, i widzę więcej niż niejeden sąsiad z klatki. Ludzie myślą, że kelnerka tylko nosi talerze. A ja słucham. Zwłaszcza gdy przy stoliku numer sześć siada pani Danuta z drugiego piętra i jej zięć, pan Robert.
Znam ich układ od dwóch lat, odkąd Robert przeprowadził się do teściowej po tym, jak sprzedał mieszkanie w Bydgoszczy i wszedł z nią w spółkę – wspólny warsztat samochodowy przy ulicy Wybrzeżnej, dwie ulice od kawiarni. Danuta włożyła w to pieniądze po mężu, sto dwadzieścia tysięcy złotych, Robert – ręce do pracy i papiery na firmę. Tak się umówili. Na słowo, bez notariusza, bo „przecież rodzina”.
Tamtego wieczoru, we wtorek, przyszli oboje, ale nie usiedli razem. Danuta zajęła stolik przy oknie, Robert stanął przy barze, jakby czekał, aż zniknę z pola widzenia. Zamówił piwo, wypił jedną trzecią i odstawił kufel z takim hukiem, że pani od sąsiedniego stolika aż podniosła głowę znad krzyżówki.
– Jak to „przepisałeś”? – usłyszałam głos Danuty, cichy, ale ostry jak żyletka.
– Bo tak było wygodniej. Dla podatków. Dla banku.
– Dla kogo wygodniej, Robert?
Nie odpowiedział. Zapłacił za piwo, zostawił dwadzieścia groszy napiwku i wyszedł, nie kończąc zdania. Danuta zamówiła jeszcze jedną kawę i siedziała tak do zamknięcia, obracając w palcach paragon z warsztatu, który przyniosła w torebce – jakby to był dowód w sprawie.
Wróciła tydzień później, sama. Powiedziała mi tylko tyle, ile mówi się kelnerce, którą zna się z widzenia: że poszła do księgi wieczystej i sprawdziła. Warsztat, budynek, grunt – wszystko na Roberta. Jedno pociągnięcie pióra u notariusza, dziewięć miesięcy wcześniej, kiedy ona leżała w szpitalu na Grochowskiej po operacji biodra. Podpisała wtedy „pełnomocnictwo do spraw bieżących”, bo tak jej powiedział, żeby mógł płacić rachunki, póki ona wraca do zdrowia. Nikt jej nie czytał tego na głos powoli. A ona ufała.
Przez miesiąc nie widziałam jej w kawiarni. Mówili, że siedzi u prawnika na Marszałkowskiej, że zbiera dokumenty, że jeździ do notariusza po odpis aktu. Kiedy wróciła, zamówiła herbatę miętową i rozłożyła na stoliku teczkę z niebieskim grzbietem – z tych, co się kupuje w sklepie papierniczym za sześć złotych. W środku miała umowę pożyczki: sto dwadzieścia tysięcy złotych, które dała Robertowi na start firmy, spisane teraz na nowo, tym razem z terminem spłaty i z zastawem na jego samochodzie dostawczym, tym, którym jeździł do klientów. Prawniczka pomogła jej to wyciągnąć z przelewów bankowych sprzed lat – ślad został, mimo że umowy wtedy nie było.
Robert przyszedł do kawiarni sam, może dziesięć dni później. Usiadł przy tym samym barze, zamówił kawę, nie piwo. Zapytał mnie, czy Danuta tu bywa. Powiedziałam, że bywa, we wtorki po południu.
Przyszła we wtorek. Nie usiadła przy oknie – usiadła naprzeciwko niego, przy barze, po raz pierwszy od miesięcy. Położyła przed nim kopertę. W środku, jak mi później powiedziała, kiedy zostawiła mi napiwek większy niż zwykle, był wypowiedziany zastaw na samochód, wezwanie do zapłaty i informacja z banku o zajęciu konta warsztatu do wysokości długu – złożyła to wszystko dzień wcześniej u komornika przy Grójeckiej.
– Masz trzydzieści dni – powiedziała. – Albo oddajesz połowę udziałów w warsztacie na papierze, tak jak było umówione od początku, albo ja zabieram to, co moje, z odsetkami.
Robert nic nie powiedział. Wstał, zostawił kawę nietkniętą, wyszedł. Nie trzasnął drzwiami – po prostu wyszedł, jakby nagle zabrakło mu powietrza w środku.
Danuta dopiła herbatę powoli, zapłaciła gotówką, jak zawsze, i zapytała mnie, czy mogłaby zostawić u mnie na zapleczu tę niebieską teczkę – nie chciała jej nosić do domu, który teraz dzieliła z człowiekiem, któremu przestała ufać. Trzymałam ją za barem trzy dni, aż przyszła z prawniczką i odebrała, mówiąc tylko: „Podpisał”.
Nie wiem, co czuła. Nie zapytałam. Zauważyłam tylko, że od tamtego wtorku zamawia już nie herbatę miętową, tylko kawę, tak jak on – czarną, bez cukru. I że przy stoliku numer sześć teraz zawsze siada sama.






