Pracuję w markecie budowlanym przy dworcu w Gliwicach jedenaście lat i myślałam, że widziałam już wszystkie typy klientów. Kobiety w futrach, które targują się o pięć złotych przy farbie, mężczyzn, którzy przychodzą po jeden wkręt i zostają na godzinę, bo nie mają z kim porozmawiać. Ale pani Danuta zapadła mi w pamięć na dłużej, bo jej sprawa zaczęła się od zwykłej rozmowy przy kasie, a skończyła w sposób, którego nikt się nie spodziewał, łącznie ze mną.
Był wtorek, początek czerwca, koło południa. Pamiętam, bo akurat mieliśmy dostawę cementu i całe wejście było zastawione paletami, ludzie przeklinali, że nie mogą przejść z wózkami. Pani Danuta, może sześćdziesiąt dwa lata, w wypłowiałej wiatrówce, stała przy dziale okuć i liczyła coś na kartce, tej wyrwanej z zeszytu w kratkę. Zauważyłam ją, bo trzymała ołówek, nie długopis — rzadkość dziś. Podeszłam zapytać, czy pomóc, bo miała ten wzrok osoby, która liczy pieniądze, których nie ma.
Okazało się, że przyszła po zamek do drzwi. Nie jeden — całą wkładkę patentową, najtańszą, jaką mieliśmy, sto dwadzieścia dziewięć złotych. Zapytałam, czy remontuje mieszkanie. Odpowiedziała, że nie remontuje, tylko wymienia zamek w warsztacie samochodowym, który prowadziła po mężu od siedemnastu lat, na Sikornik, kawałek od torów kolejowych. Powiedziała to takim tonem, jakby przepraszała, że w ogóle musi o tym mówić obcej osobie przy kasie.
Zaczęła gadać, jak to czasem ludzie robią, kiedy nie mają już siły trzymać czegoś w sobie. Warsztat prowadziła razem z zięciem, mężem córki, od kiedy córka zachorowała i zmarła cztery lata temu. Zięć, niejaki Robert, wszedł tam jako mechanik, potem jako wspólnik, a w zeszłym roku pani Danuta, ufając mu bezgranicznie, dopisała go do księgi wieczystej nieruchomości jako współwłaściciela — pół na pół, bo „przecież rodzina, przecież wnuk będzie to kiedyś prowadził". Papiery podpisała u notariusza przy ulicy Zwycięstwa, zapłaciła cztery tysiące trzysta złotych taksy notarialnej z własnej emerytury, bo Robert akurat „miał gorszy miesiąc".
Trzy tygodnie temu Robert wymienił zamki. Bez uprzedzenia, w sobotę, kiedy pani Danuta pojechała do wnuka na urodziny do Zabrza. Wróciła w niedzielę wieczorem i klucz po prostu nie pasował. Zadzwoniła, nie odbierał. Zapukała do sąsiedniego warsztatu wulkanizacyjnego, żeby zapytać, czy widzieli Roberta — powiedzieli, że w piątek przewiózł stamtąd całe narzędzia elektryczne i podnośnik na lawecie, sam, bez pomocnika.
Stała wtedy przy naszej kasie i mówiła to wszystko dość spokojnym głosem, co mnie akurat najbardziej poruszyło — bo gdyby krzyczała, płakała, byłoby to jakoś łatwiejsze do zniesienia. A ona tylko liczyła na kartce, ile jeszcze potrzebuje na ślusarza, bo sama chciała wymienić zamek z powrotem, zanim Robert zdąży coś tam przewieźć albo sprzedać.
Miałam wtedy przerwę za dwadzieścia minut, więc nie mogłam zostać dłużej, chociaż bardzo chciałam. Zapakowałam jej wkładkę, dorzuciłam bez pytania tubkę smaru do zamków, tę za dziewięć złotych dziewięćdziesiąt, i powiedziałam, żeby wzięła jeszcze śrubokręt płaski, bo do starych opraw czasem trzeba dłubać. Wzięła. Zapłaciła kartą, transakcja nie przeszła za pierwszym razem, bo bank blokował limit, więc zapłaciła gotówką — miała dokładnie sto czterdzieści złotych w portfelu, resztę odliczyła bilonem z małej portmonetki.
Nie widziałam jej potem przez dwa tygodnie. Aż pojawiła się znowu, w środę, tym razem z teczką — taką szarą, kartonową, z gumką na rogach, jakie się jeszcze widuje u starszych ludzi noszących dokumenty do urzędu. Przyszła kupić klamki, dwie sztuki, do drzwi wejściowych warsztatu, bo stare, jak powiedziała, „miały już swoje". Ale opowiedziała mi też, co się stało.
Poszła do notariusza, tego samego przy Zwycięstwa, i sprawdziła, jaki dokładnie ma udział w nieruchomości. Okazało się, że mimo wszystko to ona ma pięćdziesiąt jeden procent, nie pięćdziesiąt — notariusz, kiedy podpisywali akt, z jakiegoś powodu zaokrąglił inaczej, niż zapamiętała, może dlatego, że to ona wniosła grunt, a Robert tylko wyposażenie. Jako większościowy współwłaściciel miała prawo decydować o zmianie zamków i o umowie z ewentualnym najemcą hali. Zadzwoniła więc do radcy prawnego, którego numer dostała od sąsiadki z klatki, zapłaciła sto pięćdziesiąt złotych za konsultację, i tego samego dnia po południu przyjechała pod warsztat ze ślusarzem i dwoma świadkami — sąsiadem od wulkanizacji i swoim wnukiem, tym z Zabrza, już pełnoletnim.
Robert akurat był w środku, naprawiał czyjeś audi. Wyszedł, zobaczył ślusarza przy drzwiach, zaczął krzyczeć, że to jego warsztat, że ona nic nie może zrobić. Ona wtedy, jak mi to opisała, nie podniosła głosu, tylko otworzyła teczkę i pokazała mu wypis z księgi wieczystej oraz pismo od radcy prawnego, informujące, że z uwagi na samowolną zmianę zamków bez zgody współwłaścicielki i wywiezienie sprzętu bez inwentaryzacji, będzie zgłoszenie na policję za naruszenie posiadania, a osobno pozew o zniesienie współwłasności.
Powiedziała mu jeszcze jedno zdanie, które zapamiętałam, bo powtórzyła je przy kasie niemal dosłownie: że warsztat nie jest już rodzinny, tylko jest przedmiotem podziału majątku, i że od tej pory ma płacić połowę rachunków albo się wyprowadzić. Robert nie odpowiedział. Spakował swoją skrzynkę z narzędziami osobistymi, które faktycznie były jego, i wyszedł, nie mówiąc nic więcej. Nie wrócił.
Warsztat teraz pani Danuta wynajmuje młodemu mechanikowi z Rudy Śląskiej, który płaci jej tysiąc osiemset złotych miesięcznie za wynajem hali i jednocześnie serwisuje jej stary polonez, na którym jeździ, za darmo, w ramach umowy. Powiedziała mi to, płacąc za klamki, spokojnie odliczając banknoty z tej samej małej portmonetki.
Zapytałam wtedy, czy nie żal jej, że tak się skończyło z zięciem, ojcem wnuka. Wzruszyła ramionami i powiedziała, że wnuk i tak przyjeżdża do niej co dwa tygodnie, bo lubi majsterkować w warsztacie, a to jest ważniejsze niż to, co robił jego ojciec. Zapakowałam klamki, dorzuciłam znowu coś bez pytania — tym razem dwa zestawy śrubek, bo klamki bez śrub to tylko połowa roboty — i pomyślałam, że powinnam zapytać, czy ma jeszcze ten ołówek, którym liczyła wtedy na kartce w zeszycie. Nie zapytałam. Podała mi kartę płatniczą, tym razem transakcja przeszła od razu, podziękowała i wyszła w stronę przystanku, mijając palety z workami cementu, które ktoś w końcu poukładał pod ścianą.






