Kasztan z parteru przy Solnej
Zosia Wróblewska pierwszy raz od pięciu miesięcy spała do dziewiątej i obudziła się z uśmiechem. Wynajęła kawalerkę przy ulicy Solnej dopiero wczoraj, uciekając od akademika dla dorosłych, gdzie mieszkała po studiach – tam ktoś regularnie podkradał jej patelnię, a sąsiedzi z góry potrafili świętować urodziny do trzeciej nad ranem, i to trzy dni z rzędu. Tu, w Bydgoszczy, na osiedlu z wielkiej płyty, było inaczej: cicho, tanio – osiemset złotych za miesiąc mniej niż średnia w mieście – i tramwaj do pracy jechał dziesięć minut zamiast czterdziestu.
Agent nieruchomości, niejaki Robert, przekonywał ją przez telefon:
– Pani sama, po co pani cała kawalerka w centrum? Będzie pani i tak cały dzień w pracy. A sprzątanie mniejsze.
– No, w sumie ma pan rację – zgodziła się wtedy.
Mieszkanie miało stare linoleum i szafę po poprzednich lokatorach, pachnącą naftaliną, ale za to własna łazienka i kuchnia tylko dla niej. Za oknem sypał śnieg, jutro Sylwester, w telewizorze sąsiadów z dołu leciał już festiwal kolęd – słyszała przez ścianę, gdy schodziła po klatce.
Mijając sąsiednią klatkę schodową, przypadkiem zajrzała w okna parteru. Sama nie wiedziała, dlaczego – po prostu tam spojrzała. I zobaczyła kotka. Rudego, z białą łatką na piersi, siedzącego na parapecie i patrzącego na ulicę. Kiedy ją zauważył, zaczął uderzać łapką w szybę.
– Cześć, kotku – pomachała mu, uśmiechając się. Pomyślała: ktoś ma szczęście, taki ładny zwierzak. Jedno ją zaniepokoiło – oczy miał smutne, wręcz zrozpaczone. Jak u kogoś, kto mieszka na ulicy, nie w ciepłym mieszkaniu. Uznała, że pewnie właściciele w pracy, a mały nudzi się sam. Wieczorem wrócą, będzie dobrze – pomyślała i poszła do przystanku, licząc płatki śniegu na rękawie kurtki.
Wracała po zmierzchu. Choinkowe lampki mrugały już w kilku oknach. To samo okno na parterze było ciemne, ale kotek znowu tam siedział, tym razem walił w szybę dwiema łapami naraz, jakby prosił o pomoc. Pomyślała, że może właściciele wyjechali na święta, zostawiając go samego z miską żarcia na kilka dni. Nie mogła jednak przestać o nim myśleć – ani wieczorem przy herbacie, ani następnego ranka.
W wolną sobotę, mimo że to był jej pierwszy dzień bez pracy od tygodni, wyszła sprawdzić, czy kotek nadal tam siedzi. Siedział. I bił w szybę już z desperacją.
– Już, już, maleńki – powiedziała, chociaż nie miała pojęcia, co właściwie zrobić. Podeszła do metalowych drzwi mieszkania na parterze i zaczęła pukać. Nikt nie otwierał. Stukała z pięć minut, kiedy zza sąsiednich drzwi wyjrzała starsza pani w frotowym szlafroku, z lokówkami we włosach.
– Co pani tu robi o tej porze? Ludziom spać nie daje – warknęła.
– Przepraszam bardzo, nie mogę się dodzwonić do właścicieli tego mieszkania – Zosia wskazała na metalowe drzwi.
– I się pani nie dodzwoni – prychnęła sąsiadka, poprawiając pasek szlafroka. – Bo Tomek się wyprowadził. Wczoraj wieczorem, z walizkami, w pośpiechu.
– Jak to wyprowadził?! – Zosia poczuła, jak zimno robi jej się w żołądku. – Nie mógł tego zrobić!
– Czemu niby nie mógł? – zdziwiła się babcia. – Nic go tu nie trzymało. Do dziewczyny się przeprowadził, gdzieś na Fordon, nowe mieszkanie, nowe życie.
– A kotek?!
Sąsiadka machnęła ręką, jakby to była najmniej ważna sprawa na świecie.
– A kotka zostawił. Powiedział, że dziewczyna ma alergię, a nowy właściciel mieszkania przyjeżdża dopiero za tydzień odbierać klucze. Ja mu mówiłam, weź zwierzaka do schroniska, tak nie można. A on tylko machnął ręką i pojechał taksówką.
Zosia poczuła, jak w piersi zaciska się coś twardego. Wróciła pod okno. Kotek patrzył na nią – już bez sił, jakby przestał wierzyć, że ktokolwiek przyjdzie.
– Ma pani numer telefonu do tego Tomka? – zapytała, wyciągając komórkę z kieszeni kurtki.
– A skąd. Nie znam go tak dobrze, tylko z klatki się witaliśmy.
Zosia poszła do administracji osiedla, mieszczącej się w budynku obok, przy ulicy Kwiatowej. Pani z administracji, po długim grzebaniu w segregatorze, znalazła numer telefonu do byłego najemcy – zostawił go przy podpisywaniu umowy najmu jeszcze rok temu. Zosia zadzwoniła od razu, stojąc na mrozie przy wejściu.
– Halo? – odebrał męski głos, w tle słychać było muzykę i śmiech, pewnie już ktoś świętował przedsylwestrowo.
– Dzień dobry, nazywam się Zofia Wróblewska, dzwonię w sprawie kota, którego pan zostawił w mieszkaniu przy Solnej.
– A, ten… – w głosie mężczyzny nie było ani cienia zawstydzenia. – Słuchaj, ja nie mam czasu się tym teraz zajmować, przeprowadzam się, dziewczyna ma alergię, w ogóle nie moja sprawa już, nowy właściciel się zajmie.
– Nowy właściciel przyjeżdża za tydzień. Kot siedzi zamknięty bez jedzenia od dwóch dni.
– No to zawiadom kogoś, straż miejską, nie wiem. Ja już wysiadam z tego tematu.
Rozłączył się. Zosia stała przez chwilę z telefonem w dłoni, patrząc, jak para z jej ust rozpływa się w powietrzu. Potem wróciła do administracji.
– Musi pani otworzyć to mieszkanie. Tam jest zwierzę zamknięte bez opieki.
Pani z administracji, niejaka Beata, odłożyła długopis i pokręciła głową.
– Ja tak po prostu nie mogę wejść do cudzego mieszkania, proszę pani. To nie jest moja decyzja, ja tu tylko przyjmuję czynsze.
– To zadzwońmy do kogoś, kto ma prawo zadecydować. Ten kot dwa dni nie miał wody.
Beata przez chwilę patrzyła to na Zosię, to na telefon na biurku, jakby ważyła, ile kłopotów to jej przysporzy. W końcu wykręciła numer kierownika administracji.
– Panie Marku, tu Beata, z bloku przy Solnej… mam sytuację, najemca się wyprowadził, zostawił zamknięte zwierzę, właścicielka wróci dopiero za tydzień… nie, nie mogę się z nikim skontaktować… no właśnie, dlatego dzwonię, czy mogę otworzyć zapasowym kluczem, bo jak coś, to ja odpowiadam.
Rozmowa trwała kilka minut, Beata kiwała głową, wpisywała coś do zeszytu, wreszcie odłożyła słuchawkę.
– Dobrze, ale pani ze mną wejdzie i podpisze protokół, że to pani zgłosiła i że jesteśmy świadkami stanu zastanego. Nie chcę potem, żeby ktoś mówił, że coś zginęło albo że wynajmujący ma pretensje.
Wzięła z szuflady zapasowy komplet kluczy i długo szukała właściwego, sprawdzając numery na zawieszkach, zanim ruszyły razem przez mróz do bloku przy Solnej.
Zapach uderzył od razu, gdy tylko drzwi się uchyliły – zatęchłe powietrze, pusta miska po wodzie przewrócona na bok, druga miska z zaschniętą resztką karmy. Kotek, usłyszawszy klucz w zamku, zeskoczył z parapetu i podbiegł do drzwi, miaucząc chrapliwie, jakby stracił już głos od wcześniejszego wołania.
Zosia usiadła na progu i wzięła go na ręce. Był lekki, chudszy, niż powinien być taki młody kot, sierść skołtuniona przy ogonie. Beata w milczeniu spisywała coś w protokole, ale gdy zobaczyła, jak kotek wtula się Zosi pod brodę, przestała pisać i tylko patrzyła.
– No już, już jestem – powiedziała Zosia, choć wiedziała, że mówi to bardziej do siebie niż do niego.
Zabrała go do siebie, na Solną, do mieszkania piętro wyżej. Kupiła w najbliższym sklepie nocnym karmę i żwirek, zapłaciła gotówką, bo bankomat na osiedlu akurat nie działał. W sylwestrową noc, zamiast iść na imprezę do koleżanki z pracy, siedziała na kanapie z kotem śpiącym na kolanach i oglądała fajerwerki przez okno.
Nowy właściciel mieszkania na parterze, pan Krzysztof, przyjechał tydzień później, dokładnie tak jak mówiła sąsiadka. Zosia zeszła do niego sama, z papierem od weterynarza – kotek miał już zrobione podstawowe szczepienia, kosztowało to sto sześćdziesiąt złotych, zapłaciła z własnej pensji.
– Chciałabym go zatrzymać, jeśli nie ma pan nic przeciwko – powiedziała. – Poprzedni najemca go zostawił. Zwierzę już się przyzwyczaiło do mnie.
– Ja i tak alergik jestem, dobrze, że go pani zabrała – odpowiedział pan Krzysztof, wzruszając ramionami. – Robercie, agencie, mówiłem żeby sprawdził, czy mieszkanie puste, a on nawet nie zajrzał do środka porządnie.
Tomek nigdy się nie odezwał, nie zapytał, co z kotem. Zosia dowiedziała się od tej samej sąsiadki w szlafroku, że wyprowadził się na Fordon, do dziewczyny, i podobno mieszkanie tam wynajmują wspólnie od stycznia.
Kotek dostał imię Kasztan – od koloru sierści. Śpi teraz na parapecie okna, tylko piętro wyżej niż wcześniej, i czasem, kiedy Zosia wraca z pracy tramwajem numer dziesięć, widzi z daleka jego sylwetkę na tle firanki. Już nie bije łapą w szybę. Po prostu czeka.






