Zofia Nowik stanęła przed szklanymi drzwiami restauracji „Bursztynowa Sala" przy ulicy Piotrkowskiej i jeszcze raz sprawdziła kartkę z ogłoszeniem, którą wyrwała z tablicy przy dworcu PKP w Łodzi. Adres się zgadzał. Pchnęła ciężkie drzwi z mosiężną klamką.
— Przepraszam, dziś nie przyjmujemy — rzuciła recepcjonistka, nie podnosząc oczu znad teczki z dokumentami.
W holu siedziało już z dziesięć osób. Ktoś na kanapie obitej czerwonym pluszem, ktoś kręcił się między kolumnami, ktoś opierał się o ścianę obok akwarium z karpiami koi. Pachniało drogą wodą kolońską i podgrzewanym woskiem do podłóg.
— Ja w sprawie ogłoszenia. Na szefa kuchni.
— Ach, w takim razie… Ankieta zgłoszeniowa jest u mnie, ale kolejka jest długa, sama pani widzi.
— Nie dzwoniłam. Zobaczyłam kartkę i przyszłam.
Zofia usiadła na wolnym krześle przy drzwiach i wyjęła z torby kanapkę z serem, którą kupiła rano w sklepie na Retkini — od śniadania nic nie jadła, a przez ostatnie cztery dni obeszła już siedem knajp i budek gastronomicznych w Łodzi, gdzie wszędzie odpowiadano jej to samo: bez doświadczenia w lokalu, bez papierów nie ma czego szukać. Pieniądze, które przywiozła z domu, kończyły jej się na trzeci tydzień czynszu.
— Dobrze, wypełnijmy ankietę — recepcjonistka wyciągnęła kartkę A4 spiętą do teczki.
— Imię, nazwisko?
— Zofia Nowik.
— Jaką uczelnię pani ukończyła? Szkołę gastronomiczną, technikum, może studia na kierunku technologia żywności? Rozumie pani, że bez wykształcenia na stanowisko szefa kuchni się nie załapie. To nie tylko gotowanie — trzeba znać HACCP, kalkulację kosztów, zarządzanie zespołem.
— HACCP nie znam. Ale gotować to ja umiem od ósmego roku życia. Babcia uczyła.
— Czyli wykształcenia pani nie ma?
— Nie mam. Przyjechałam z Suwałk cztery dni temu, mieszkanie wynajęłam na Retkini. Wcześniej mieszkałam u babci pod Sejnami, tam żadnej szkoły zawodowej nie było, tylko podstawówka.
Piegowaty chłopak w markowej koszuli, siedzący najbliżej, odłożył telefon.
— Ja skończyłem Politechnikę Łódzką, Wydział Biotechnologii i Nauk o Żywności. Cztery lata nauki, praktyki w trzech restauracjach z Łodzi i Warszawy. I też czekam tu od ósmej rano. Więc niech pani sobie daruje te opowieści o babci, bo tu nikogo to nie wzruszy.
— Nie opowiadam, żeby kogoś wzruszyć. Pan pytał, ja odpowiadam.
Chłopak nic już nie powiedział, tylko wrócił do telefonu, choć palce miał spięte mocniej niż przedtem.
W tym momencie z zaplecza wyszedł mężczyzna około pięćdziesiątki, w nienagannie skrojonej marynarce, z krótko przystrzyżoną siwą brodą — Marek Zieliński, właściciel „Bursztynowej Sali", człowiek, o którym w Łodzi mówiono, że potrafi wyczuć fałszywe risotto z drugiego końca sali. Za nim szła kobieta z notatnikiem — kierowniczka sali, Ewa.
— Coś się stało? — zapytał, patrząc na stertę ankiet w rękach recepcjonistki.
— Panie Marku, ta dziewczyna — recepcjonistka wskazała na Zofię — twierdzi, że przyszła na stanowisko szefa kuchni. Bez żadnego wykształcenia.
Zieliński przyjrzał się Zofii. Zmierzył ją od znoszonych trampek po prostą kurtkę z metką dawno wypraną z tyłu kołnierza.
— Umiesz gotować? — zapytał wprost.
— Umiem.
— Co konkretnie?
— Wszystko, co pan zada. Rosół z domowym makaronem, żurek na zakwasie własnej roboty, pierogi ruskie, sernik na zimno, karkówkę duszoną z suszonymi śliwkami. Babcia mnie uczyła od małego, bo mama zmarła, kiedy miałam sześć lat, a ojciec pił i nie było komu.
Zieliński milczał chwilę, jakby ważył, ile w tym prawdy, a ile desperacji człowieka, który od czterech dni szuka pracy i już przestaje wybrzydzać.
— Za godzinę mam kolację dla dwunastu osób z zarządu sieci hoteli. Chcą podpisać z nami kontrakt na catering, trzysta osiemdziesiąt tysięcy rocznie. Szef kuchni akurat leży w szpitalu z wyrostkiem, drugi kucharz się rozchorował wczoraj wieczorem, a ja mam na kuchni tylko dwóch pomocników po zmywaku. — Potarł brodę. — To głupi pomysł. Ale głupszy jest telefon do agencji cateringowej na godzinę przed kolacją. Ugotujesz danie główne. Jeśli klapnie, wychodzisz i zapominamy o sprawie. Jeśli się uda — rozmawiamy o pracy.
— Zgoda.
— Panie Marku, pan chyba żartuje — odezwała się kobieta w czarnym żakiecie z teczką od Wittchena. — Kontrakt za trzysta osiemdziesiąt tysięcy zależny od kogoś, kto trafił tu przypadkiem?
— Ja bym się tak nie odezwał na miejscu klienta — mruknął ktoś inny.
Zieliński nie odpowiedział. Otworzył drzwi do kuchni i przepuścił Zofię przodem, choć w jego twarzy nie było już tej pewności, z jaką wyszedł z zaplecza.
Kuchnia lśniła stalą, pachniała środkiem do czyszczenia i lekko przypalonym olejem znad patelni, na której ktoś przed chwilą smażył cebulę i zapomniał zdjąć z ognia. Zofia podeszła do chłodni i przez chwilę stała bez ruchu, patrząc na półki: kaczka, buraki, chrzan, śmietana osiemnastoprocentowa, młode ziemniaki. To nie były produkty, z których gotowała u babci — piec gazowy zamiast kaflowego, waga zamiast garści, zegar na ścianie zamiast słońca za oknem. Dłonie jej się trochę trzęsły, kiedy wyjmowała kaczkę z folii, i musiała odłożyć nóż na sekundę, żeby złapać oddech.
Pierwsza partia buraków przywarła do dna garnka, bo za bardzo podkręciła gaz, próbując nadgonić czas — poczuła zapach przypalenia zanim zobaczyła dym, zaklęła cicho i zdjęła garnek, ratując resztę. Drugą partię robiła już wolniej, na mniejszym ogniu, mieszając bez przerwy, z okiem na zegarku. Kaczkę piekła, otwierając piekarnik co kilka minut, żeby sprawdzić skórkę, aż jeden z pomocników zapytał, czy nie za często ją otwiera, na co odpowiedziała tylko, że wie, co robi, choć w tamtej chwili wcale nie była tego pewna.
Godzinę później do sali bankietowej wniesiono talerze: kaczkę pieczoną w miodzie z burakami i chrzanem, kluski śląskie robione ręcznie, na deser — sernik na zimno z sosem z owoców leśnych. Zofia stała w progu kuchni, wycierając dłonie w fartuch, i patrzyła, jak kierowniczka sali stawia pierwszy talerz przed dyrektorem generalnym. Kobieta w czarnym żakiecie zjadła dwa kęsy i odłożyła widelec obok talerza, nie dotykając reszty. Ktoś po drugiej stronie stołu zerknął na nią, potem na dyrektora, jakby czekał, kto pierwszy powie na głos to, co widać po minach. Widelce stukały o porcelanę coraz rzadziej, ktoś sięgnął po wodę zamiast po kolejny kęs — Zofia w tej ciszy nie potrafiła odróżnić, czy to milczenie ze smaku, czy z rozczarowania, którego nikt nie chce wypowiedzieć przy gościach.
Dyrektor generalny, mężczyzna po sześćdziesiątce, odłożył widelec, spojrzał na pusty talerz i poprosił o dokładkę kaczki. Kobieta w czarnym żakiecie sięgnęła wtedy po widelec, którego wcześniej nie tknęła, i dokończyła swoją porcję do końca. Dopiero wtedy Zieliński, stojący z boku sali, wypuścił powietrze, które chyba trzymał od pierwszego kęsa gościa.
— Panie Marku — powiedział dyrektor, kiedy skończył drugą porcję — jeśli ta kuchnia zawsze będzie taka, podpisujemy dziś wieczorem. Ale niech mi pan powie szczerze: kto to gotował, bo to nie jest smak z podręcznika.
— Nowa — odpowiedział Zieliński krótko, wskazując głową w stronę kuchni. — Od dziś nasz szef kuchni.
Wrócił do holu, gdzie wciąż czekali pozostali kandydaci. Piegowaty absolwent politechniki podniósł oczy znad telefonu, ale nic nie powiedział. Zieliński poprosił Ewę o teczkę z umowami i podał Zofii dokument: umowa o pracę na stanowisko szefa kuchni, pensja dwanaście tysięcy złotych brutto, okres próbny trzy miesiące.
— Za trzy miesiące porozmawiamy, czy zostajesz na stałe — dodał. — Dzisiaj miałaś farta, że akurat nie było nikogo innego pod ręką. To se zapamiętaj, żeby jutro to już nie był fart, tylko robota.
Zofia wzięła długopis, przeczytała każdy punkt umowy, tak jak uczyła ją babcia, i podpisała. Kiedy wracała do kuchni, w progu minęła się z piegowatym chłopakiem, który zbierał swoje papiery do teczki. Zatrzymał się na chwilę.
— Ten sernik naprawdę pani robiła bez przepisu? — zapytał, jakby nie mógł się powstrzymać.
— Bez. Ale jak pan chce, mogę panu zapisać proporcje na kartce, żeby pan sobie kiedyś spróbował.
Nie odpowiedział, tylko wyszedł, zabierając ze sobą teczkę z dyplomem, którego nikt w tej kuchni nie poprosił nawet pokazać. Z sali dobiegał już brzęk garnków i głos Zofii tłumaczącej nowej pomocnicy, jak długo dusić buraki, żeby nie stwardniały.






