Lidia pojawiła się na naszym Uniwersytecie, gdy ja akurat kończyłam licencjat. Wyglądała niezbyt atrakcyjnie, ponieważ miała znaczną nadwagę, długie, widoczne doczepy we włosach, ogromne, sztuczne rzęsy i powiększane usta. Ktoś kiedyś puścił plotkę, że pochodzi z bogatej rodziny. Ojciec podobno wysłał ją na drugi kraniec Polski w ramach “resocjalizacji” i kary za jakiś jej dość kompromitujący występek.
Ciężko powiedzieć, czy faktycznie z tej dziewczyny taka chamska czy zuchwała osoba, ale z pewnością można stwierdzić, że słabo się uczyła i nie miała za wielkich aspiracji życiowych. Wszyscy z jej roku uczyli się dniami i nocami, by dostać stypendium naukowe, a jej to najwidoczniej nie interesowało, bo ojciec na nią wciąż łożył.
Jakiś czas później Uniwersytet znowu obiegły plotki, że interesy jej ojca źle idą i jego przychody znacznie się zmniejszyły.
Lidii to zupełnie nie interesowało i nie zamierzała się ograniczać. Nie odmawiała sobie wyjść i całonocnych imprez z drogim alkoholem, zakupów drogich ciuchów i kosmetyków, a kiedy jej brakowało pieniędzy, dzwoniła do ojca z żądaniem o przelew, chociaż ten prosił ją, by chociaż przez chwilę spróbowała żyć skromniej.
Znowu przyszła do niej paczka, za którą musiała w dodatku zapłacić. Myślała, że to jakaś niesamowita niespodzianka, a kiedy ją otworzyła, bardzo się zdziwiła – w środku znajdowały się cegły, a do nich dołączono notatkę:
– Jak chcesz, to dalej żyj dla swoich egoistycznych przyjemności, ale ojca już nie masz!
Nie wzięła tego na poważnie, ale ojciec przestał odbierać od niej telefony i nie odpisywał na wiadomości, więc wydaje się, że naprawdę zdecydował o tym, że to najwyższa pora, by córka dorosła.
Lidia chodził jakaś smutna, przygnębiona, ale w końcu dorwała jakąś pracę, żeby mieć za co żyć. Jako, że miała dwie lewe ręce do pracy, było jej ciężko gdzieś się zatrzymać na dłużej, ale w końcu się udało.
Rzuciła studia, ponieważ nie była w stanie pracować i jednocześnie się uczyć. Na jakiś czas słuch po niej zaginął, a potem spotkałam ją przypadkowo na ulicy. Była ubrana w piekny kostium, a w ręku miała skórzaną aktówkę.
– Marta, to Ty? – zawołała w moją stronę.
Odwróciłam się i naprawdę musiałam się jej przyjrzeć, by w tej kobiecie dostrzec swoją dawną koleżankę z Uniwersytetu.
Lidia bardzo długo i ciężko pracowała, zanim wyszła na swoje. Schudła, znalazła świetną pracę i założyła rodzinę. Skończyła także studia. Przyznała, że to właśnie tamte cegły pozwoliły jej wyjść na ludzi.
