Co to za rodzina? Kiedy córka zachorowała, nikt z nich nawet nie zapytał, jak się czuje

Mieszkamy w Gdańsku i to bardzo blisko plaży, bo niecały kilometr od niej. Obok nas mieszka znajoma, która w sezonie letnim będzie miała wielu gości i to pomimo tego, że jej mieszkanie nie jest wcale takie duże.
Wielu jej gości przyjeżdża z dziećmi. W sezonie woda jest tutaj naprawdę ciepła i przyjemna, dlatego nic dziwnego, że tak chętnie przyjeżdżają tutaj ze swoimi pociechami. Gdańsk jest pięknym miastem, dlatego turystom bardzo się tutaj podoba. Podoba się także bliższym i dalszym Weroniki, którzy przyjeżdżają tutaj na całe lato.
Wtedy ciągle tylko widzę, jak Weronika biegnie do siebie z pełnymi torbami jedzenia, które kupuje za swoje pieniądze. A wszystko po to, aby nakarmić swoich gości. Potem sprząta po nich, a oni nawet nie podziękują – zjedzą, ubiorą się i idą odpoczywać na plaży.
Pewnego razu byłam świadkiem czegoś, co mocno mnie wkurzyło. Postanowiłam nie mówić o tym od razu Weronice, ale tutaj muszę to już z siebie wyrzucić.
Weronika ma ośmioletnią córkę Anię. Dziewczynce jakimś cudem w takim upale udało się zachorować. Miała bardzo wysoką gorączkę, więc natychmiast wezwano karetkę pogotowia. Ratownicy przebadali dziewczynkę, podali coś na zbicie gorączki i polecili, aby dziewczynka teraz żywiła się świeżymi owocami, warzywami i przyjmowała dużą ilość płynów.
Postanowiłam ją odwiedzić w chorobie i przygotowałam dla niej ziołowy wywar. Wtedy ze spaceru wrócili także krewni Weroniki. Przynieśli wiele różnych owoców, między innymi maliny i truskawski. Usiedli w kuchni, czekając, aż ktoś poda im obiad. Weronika ugotowała wszystko  i po kolei kładła im to na stole: zupę, sałatkę, oraz kotlety. Krewni szybko zjedli obiad, a potem postanowili zjeść to, co przed chwilą przynieśli ze sobą, czyli wszystkie owoce. Po posiłku znów poszli na spacer.
Najbardziej mnie zaskoczyło to, że nawet nie podzielili się owocami z chorym dzieckiem, które nie jest zresztą dla nich kimś obcym, a rodziną. Zjedli wszystko sami i nawet nie pomyśleli o tym, że może warto podzielić się z dziewczynką. Na pewno wiedzieli, że jest chora, mieszkają przecież w tym samym, małym mieszkaniu. Zresztą oni w ogóle nie byli zainteresowani stanem dziecka – nie pytali, jak córka Weroniki się czuje. Wydawali się niby tacy mili, bo kiedy spotykaliśmy się na klatce schodowej, to zawsze się witali.
Tak, ja też często gościłam u siebie kogoś z rodziny, bo taki już chyba los tych, którzy mieszkają w miejscowościach wypoczynkowych lub turystycznych. Jeśli chodzi jednak o jedzenie, to nikt z moich krewnych nie zdobył się na taką bezczelność i nie doszło do tego, abym musiała karmić kogoś za swoje pieniądze. Moi goście zwykle sami robili zakupy, gotowali dla wszystkich i nawet potem sprzątali. Kiedy już wyjeżdżali, to kupowali coś na prezent i dziękowali za przyjęcie ich u siebie. Czasami nawet dawali na odchodne jakąś tam sumę pieniędzy, która miała pokryć koszty pobytu.
A Weronika toleruje taką postawę u swoich krewnych, bo boi się im powiedzieć wprost, co o tym myśli, aby ich nie obrazić.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × dwa =

Co to za rodzina? Kiedy córka zachorowała, nikt z nich nawet nie zapytał, jak się czuje