Zdrada Grety w apartamencie na Woli

Sześć razy uderzył mnie otwartą dłonią w twarz na oczach kobiety, z którą mnie zdradzał, a potem wypchnął mnie za próg w sam środek ulewy. Nazywam się Bartosz Kowalik, mam trzydzieści siedem lat i prowadzę firmę transportową, którą razem z ojcem mojej żony zbudowaliśmy od zera. Tamtej nocy stałem boso na klatce schodowej, krew z rozciętej wargi ściekała mi po brodzie, a ja liczyłem, ile jeszcze mam czasu, zanim wszystko, co miałem, zniknie.

Muszę cofnąć się o kilka godzin. Greta wróciła wcześniej z pracy — prowadzi kancelarię notarialną przy placu Grzybowskim — i zastała mnie w salonie z Olą Sikorą, moją asystentką. Nie było tak, jak to wyglądało, chciałem powiedzieć, ale prawda jest taka, że było dokładnie tak, jak wyglądało. Ola siedziała na kanapie w moim swetrze, z kieliszkiem wina kupionego przeze mnie na rocznicę ślubu, którą obchodziliśmy trzy tygodnie wcześniej.

Greta nie krzyczała. To było najgorsze. Postawiła torebkę na komodzie w przedpokoju, popatrzyła na nas przez sekundę, a potem zapytała, spokojnym głosem, czy chociaż wiem, jak się nazywa kobieta, z którą zdradzam żonę od pół roku. Powiedziałem coś, czego teraz nie pamiętam — coś głupiego o tym, że to nic nie znaczy, że to ona, Greta, zawsze pracuje, zawsze wyjeżdża na szkolenia do Krakowa, zawsze ma czas dla klientów, a nie dla mnie.

Wtedy uderzyłem ją pierwszy raz.

Nie planowałem tego. Ręka poszła sama, zanim zdążyłem pomyśleć. Krzyknęła, cofnęła się o krok, a ja — zamiast się zatrzymać — uderzyłem ją jeszcze raz, bo w jej oczach zobaczyłem coś gorszego niż strach. Zobaczyłem, że mnie już nie kocha, że patrzy na mnie tak, jak się patrzy na coś zepsutego. To mnie wściekło bardziej niż cokolwiek innego tej nocy.

Sześć razy. Policzyła je głośno przy ojcu później tej samej nocy, jak w protokole. Ja tego wieczoru nie liczyłem — po prostu biłem, aż zabrakło mi tchu, a Ola stała w kącie z moim jedwabnym szlafrokiem naciągniętym na ramiona i patrzyła, jakby oglądała jakiś spektakl.

Krzyknąłem, że to jest moje mieszkanie, mój adres, moje nazwisko na umowie najmu, że ona jest tu tylko dlatego, że ja pozwoliłem. To nieprawda — mieszkanie na Woli, przy ulicy Grzybowskiej, kupił jej ojciec, Waldemar Sęk, założyciel jednej z największych firm logistycznych w Polsce, ale w tamtej chwili potrzebowałem, żeby to była prawda.

Ostatni raz uderzyłem ją tak mocno, że wpadła na marmurowy stolik przy drzwiach. Otworzyłem drzwi wejściowe i wyrzuciłem jej torbę podróżną na klatkę schodową, prosto w strugi deszczu lejącego przez otwarte okno na półpiętrze.

„Wynoś się, Greta" — powiedziałem, z trudem łapiąc oddech, a moja obrączka błyszczała w świetle żyrandola. „Miałaś się nauczyć, gdzie jest twoje miejsce".

Ola stanęła za mną w tym jej cholernym szlafroku i uśmiechała się, jakby właśnie coś wygrała. Greta nie płakała. Wyszła na klatkę schodową boso, z policzkiem w ogniu i bólem w żebrach, a ja trzasnąłem drzwiami tak, że mosiężna kołatka zadzwoniła jeszcze przez chwilę.

Wtedy myślałem, że to koniec sprawy. Że przeczeka, wróci do matki na Pragę, może po tygodniu zadzwoni z płaczem. Nie wiedziałem, że stała pod latarnią na Grzybowskiej z popękanym ekranem telefonu i dzwoniła do ojca.

Powiem szczerze — zawsze lekceważyłem Waldemara Sęka. Dla mnie był starym facetem w za dużym garniturze, który zbił fortunę na ciężarówkach i teraz jeździ mercedesem z kierowcą, bo sam już nie umie prowadzić. Nie rozumiałem, że ten "stary facet" kontroluje flotę ponad dwóch tysięcy pojazdów w całej Europie Środkowej i że moja firma transportowa istnieje tylko dlatego, że on podpisał gwarancję kredytową na dwa miliony złotych, kiedy zaczynaliśmy pięć lat temu.

Następnego ranka obudził mnie telefon z banku. Konta firmowe zablokowane. Potem telefon od głównego inwestora, pana Krawczyka, który beznamiętnie poinformował mnie, że wycofuje kapitał ze spółki. Potem SMS od księgowej: zarząd zwołuje nadzwyczajne posiedzenie na czwartek. A potem — to było najgorsze — telefon od dziennikarza z lokalnego portalu gospodarczego, pytającego, czy chcę skomentować "doniesienia o nieprawidłowościach w rozliczeniach paliwowych firmy Kowalik Logistyka".

Nie miałem pojęcia, o czym on mówi. Dowiedziałem się później, że Waldemar trzymał dokumentację od trzech lat — moje fałszywe faktury na paliwo, przelewy do firmy-krzak zarejestrowanej na moją siostrę, wszystko. Czekał. Nie wiem, czy czekał specjalnie na ten moment, czy po prostu miał to w szufladzie na wszelki wypadek. W każdym razie w piątek rano, kiedy próbowałem zadzwonić do Grety, żeby błagać ją o rozmowę, jej numer był już zablokowany.

Pojechałem pod dom jej rodziców w Konstancinie. Ochroniarz przy bramie — nie znałem go, musieli go zatrudnić w ciągu dwóch dni — powiedział, żebym zawrócił, bo pan Sęk nie życzy sobie mojej obecności na terenie posesji. Stałem tam z parasolem, w garniturze, który jeszcze tydzień wcześniej kosztował mnie więcej niż pensja kierowcy w mojej firmie, i patrzyłem na zamkniętą bramę z automatycznym napędem, za którą szczekał ich labrador.

Zadzwoniłem do Oli. Nie odebrała. Napisała mi później jedną wiadomość: że nie chce mieć nic wspólnego z "tym całym bałaganem" i że wyjeżdża do siostry do Wrocławia na jakiś czas.

Firma przestała istnieć w ciągu trzech tygodni. Sprzedałem mieszkanie na Woli — to, które kupił Waldemar, ale które prawnie było zarejestrowane na mnie, bo tak doradził mi kiedyś jego własny notariusz, żeby "uprościć sprawy podatkowe". Z tej sprzedaży, po spłacie długów wobec dostawców i kar umownych, zostało mi sto dwadzieścia tysięcy złotych. Reszta poszła na prawników, którzy i tak nie zdołali mnie uratować przed sprawą karną o znęcanie i przed pozwem cywilnym.

Greta przyszła na rozprawę rozwodową sama, bez adwokata swojego ojca przy sobie, w szarym płaszczu, z teczką pod pachą. Nie patrzyła na mnie przez całą rozprawę. Kiedy sędzia zapytał, czy strony doszły do porozumienia w sprawie podziału majątku, ona po prostu podała sekretarzowi sądowemu jedną kopertę — umowę, którą już wcześniej podpisałem, bo prawnik powiedział mi, że nie mam żadnych szans w sądzie, biorąc pod uwagę dokumentację medyczną z izby przyjęć i zeznania sąsiadki, która widziała, jak wychodzi z budynku boso, w deszczu.

Po rozprawie, na korytarzu sądu przy ulicy Płockiej, podeszła do mnie tylko raz. Miała w ręku plik dokumentów w niebieskiej teczce — akt notarialny przenoszący na nią jedyny udział, jaki jeszcze formalnie miałem w spółce logistycznej jej ojca, tej samej, w której pracowałem od ślubu na stanowisku wiceprezesa, choć naprawdę nigdy niczym nie zarządzałem.

„Podpisałeś to dobrowolnie" — powiedziała, kładąc przede mną teczkę na parapecie okna. „Sto dwadzieścia tysięcy za mieszkanie ci zostaje. Reszta — spółka, samochód służbowy, konto firmowe — wraca tam, skąd przyszła".

Chciałem coś powiedzieć, jakieś ostatnie słowo, coś, co przywróciłoby mi choć trochę godności w tym korytarzu pachnącym środkiem do podłóg i kawą z automatu. Nie znalazłem niczego. Odwróciła się i poszła w stronę windy, a ja zostałem sam z teczką w ręku i papierowym kubkiem kawy, który już dawno wystygł.

Miesiąc później dowiedziałem się od wspólnego znajomego, że wynajęła nowe mieszkanie na Mokotowie, sama, że wróciła do pełnego etatu w kancelarii i że jej ojciec przekazał zarządzanie flotą nowemu dyrektorowi operacyjnemu — mężczyźnie, którego nigdy nie poznałem, bo nigdy nie zostałem dopuszczony bliżej niż do recepcji.

Ja mieszkam teraz w kawalerce w Piasecznie, prowadzę małą firmę kurierską na trzy samochody, i codziennie, kiedy zapalam silnik, myślę o tym, że w tej ulewie na Grzybowskiej straciłem nie żonę. Straciłem wszystko, co udawałem, że jest moje.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedemnaście − trzy =

Zdrada Grety w apartamencie na Woli