Kilkanaście lat temu leżałam w ciąży w szpitalu, a do mojej sąsiadki ciągle przychodził jej niepozorny mąż

Byłyśmy tak młode, że trudno było nas nawet nazwać kobietami, jednak w szpitalu tak nas określali. Wszystkie czekałyśmy na narodziny swoich dzieci i leżałyśmy na sześcioosobowej sali. Nazywałyśmy to “leżeniem na magazynie”. 

Wśród nas była taka brzydka Marta z dużym brzuchem. Wszystkie z nas miałyśmy duże brzuchy i zapewne żadna z nas w tej sytuacji nie wyglądała zbyt dobrze, ale Marta była wyjątkowo brzydka i do tego bardzo gruba, wręcz spuchnięta. Sala znajdowała się na parterze szpitala, więc mężowie przychodzili do swoich żon pod okna sali i tak ze sobą rozmawiali.

To były czasy, kiedy nie było jeszcze telefonów, więc kobiety zastanawiały się, czy tego dnia mąż je w ogóle odwiedzi? Nie do wszystkich ciężarnych oczywiście przychodzili, ale było to zrozumiałe – pracowali, poza tym dojazd na obrzeża miasta nie należał do najłatwiejszych. Z tego powodu stęsknione kobiety potrafiły płakać nawet całą noc, czuły się bowiem samotne i chciały wrócić do domu. Kiedy jednak widziały lica swoich wybranków, od razu się rozpromieniały, a mężczyźni starali się okazać im swoją miłość i troskę.

Pytali: „Jadłaś? Masz jeszcze czystą koszulę?”. Do naszej brzydkiej Marty chodził facet, który wyglądał jak dzieciak. Rudowłosy, jakiś taki pokrzywiony, w infantylnej czapce jak dla dzieciaka, ogólnie mówiąc także nie był zbyt piękny. Ale przychodził do niej naprawdę każdego dnia! Przynosił jej mały garnek owinięty w ścierki, a w garnku były gotowane ziemniaki, jeszcze ciepłe. Czasami zamiast ziemniaków przynosił jej ciepłą pomidorówkę z makaronem. Przynosił jej to zwykle po godzinach odwiedzin, ponieważ pracował w ciągu dnia w jednej z okolicznych fabryk. Na szczęście byłyśmy na parterze, więc to nie był żaden problem. 

Po cichu podawał jej przez okno garnek, a ona jadła i często mnie nawet częstowała. Podczas tych spotkań prawie ze sobą nie rozmawiali. Potem urodziłam dziecko i wypisali mnie ze szpitala – myślałam, że już więcej nie spotkam Marty.

Po piętnastu latach spotkałam ją jednak przypadkowo, kiedy spacerowała z trójką swoich dzieci. Znowu była w ciąży. Muszę przyznać, że bardzo wyładniała! Oczywiście była trochę przy tuszy, ale mimo tego stała się bardzo atrakcyjna. Powiedziała, że życie się jej układa, ma wspaniałe dzieci i w ogóle nie może na nic narzekać. Szła w kierunku pięknego samochodu, a za kierownicą siedział ten spokojny, rudy facet – jej mąż. On wciąż nie należał do najprzystojniejszych, ale to nie jest ważne, bo w człowieku najważniejsze jest nie piękno i ta jego “zewnętrzna powłoka”, a to, co w środku.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × trzy =

Kilkanaście lat temu leżałam w ciąży w szpitalu, a do mojej sąsiadki ciągle przychodził jej niepozorny mąż