Gdyby nie to, że ta historia przydarzyła się mojej rodzinie, osobiście bym w nią nie uwierzyła. Pół roku temu moja babcia odeszła, pozostawiając nam urocze mieszkanie w centrum miasta. Po pewnym czasie od jej śmierci, postanowiliśmy z bratem posprzątać mieszkanie i wystawić je na sprzedaż. Udało nam się w ciągu jednego dnia zebrać wszystkie rzeczy babci i umieścić je w dużych workach na śmieci.
Wieczorem wróciłam do domu, a mój brat zdecydował się zostać na noc w mieszkaniu. Około szóstej rano zadzwonił do mnie z trzęsącym się głosem, prosząc, żebym szybko przyjechała. Bez wahania pospieszyłam do niego. Gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania, zobaczyłam przerażoną twarz brata. Był bardzo blady i mówił, że słyszał kroki w pokoju i widział miganie światła w żyrandolu, ale nie było tam nikogo. Tak bardzo się przestraszyliśmy, że z pośpiechem opuściliśmy mieszkanie.
Odważyliśmy się wrócić dopiero po pół godzinie. Wtedy wszystko już ustało, nie było słychać żadnych kroków, światło też działało bez zarzutów. Do tej pory nie mam pojęcia co się wydarzyło – tłumaczyłam bratu, że może to sąsiedzi z góry lub z dołu, ale on przekonywał, że te dźwięki, jakby ktoś chodził po pokoju, były tak głośne, że niemożliwe by dobiegały z innego mieszkania. Nie wiem… Postanowiliśmy wtedy, że nie sprzedamy mieszkania. Dotychczas nie wierzyłam w zjawiska nadprzyrodzone, a tym bardziej w duchy, ale kto wie… Może babcia nie chciała, aby mieszkanie po jej śmierci przeszło w obce ręce? A może mój brat po prostu knuje jakiś plan, a ja naiwnie wierzę w jego przerażenie?






