Wracam myślami do historii z mojego dzieciństwa, po tym jak dowiedziałem się od dalekiej rodziny, że moja matka chce złożyć pozew o alimenty. Kiedy byłem dzieckiem, w wypadku zginął mój tata. Miałem dziesięć lat, byłem już na tyle świadomy, że mocno przeżyłem jego stratę. W trójkę tworzyliśmy niesamowicie zgraną rodzinę. Jeździliśmy na wycieczki, chodziliśmy na pikniki i graliśmy w gry planszowe prawie każdego wieczoru odkąd pamiętam. Oboje rodzice pracowali, żyliśmy przeciętnie, ale bardzo szczęśliwie.
Wszystko zmieniło się po tym wypadku. Mama popadła w depresję i zaczęła pić. Wtedy, kiedy potrzebowałem od niej największego wsparcia, ona zajęła się wyłącznie ubolewaniem nad stratą męża, jakby zapomniała, że ma dziecko. Wybaczyłem jej, ale trudno mi nie pamiętać.
Z każdym dniem było coraz gorzej. Mama straciła pracę, a ja byłem pozostawiony sam sobie. Aby uniknąć domu dziecka, pod opiekę zabrał mnie dziadek. Mieszkał od wielu lat sam, babcia zmarła z powodu chorego serca. Był już w takim wieku, że nie nadążał za młodym chłopcem, szczególnie zbuntowanym po śmierci rodzica. Wiem, że nie miał łatwo, opieka nade mną była trudną sprawą, ale jestem mu po latach niezwykle wdzięczny. Wychował mnie tak, jak należy, dzięki niemu staram się każdego dnia być dobrym człowiekiem.
Wspierał też finansowo mamę, choć wiedział, że prawie wszystkie pieniądze przeznacza na alkohol. Jego emerytura nie była duża, więc sprzedał całkiem sporą działkę, by wiązać koniec z końcem.
Mamie jednak wciąż było mało i nachodziła nas pijana nawet w nocy, żądając coraz to więcej pieniędzy. Nie wiem czy ktokolwiek zrozumie, jak bardzo się wtedy bałem. Z jednej strony widzisz w kimś do niedawna jeszcze ukochaną osobę, a z drugiej strony kogoś nieobliczalnego, kto za butelkę alkoholu zrobi wszystko, nawet skrzywdzi…
Kilka miesięcy przed osiemnastym rokiem życia dziadek zmarł. Nie poradził sobie nerwowo i miał zawał serca. Nie zdążyłem mu pomóc, miał atak, kiedy byłem w szkole. To ja go znalazłem, leżącego w kuchni z rozbitym kubkiem herbaty na podłodze…
Trafiłem na kilka miesięcy do domu dziecka. Tam buntowałem się jeszcze mocniej – nie dość, że lata wcześniej straciłem w pewnym sensie oboje rodziców, to jeszcze odeszła najważniejsza dla mnie osoba i nie zdążyłem nic zrobić.
Zaraz po osiągnięciu pełnoletności wyjechałem do Niemiec. Pracowałem tam kilka miesięcy, by zarobić na studia. Chciałem zadbać o swoją edukację, głównie dlatego, że dziadkowi bardzo na tym zależało.
Dziś mam już wyznaczony termin obrony pracy licencjackiej. Pracuję też na pół etatu w biurze, zajmuję się programowaniem. Wierzę, że dziadek obserwuje to wszystko i jest ze mnie dumny.






