Moja teściowa praktycznie całe życie mieszkała na wsi. Do siedemnastego roku życia, mieszkała z babcią w domku, a do miasta przeprowadzała się tylko na jakiś czas, gdy się uczyła. Wyszła za mąż za chłopaka ze wsi i jakoś tak się złożyło, że nie miała ani możliwości, ani ochoty wyjechać do miasta. Dopiero jej córka Natalia, która też wyjechała na studia, zakochała się we mnie i teraz minęło osiem lat, odkąd mieszkamy w mieście, w wynajętym mieszkaniu, nie mając pieniędzy na kupno własnego lokum. Miło jest mieć możliwość pojechać na weekend do teściowej na wieś razem z dziećmi.
Powietrze jest tam czyste, co prawda internet kiepski, ale ognisko i kiełbaski pieczone na patyku, to najlepszy czas dla całej rodziny. Niestety moja teściowa, trochę wszystko psuje swoim „poświęceniem”.
Zawsze, gdy jesteśmy u niej, wpada w biedny, nieszczęśliwy tryb. Nic nie je, jej lodówka jest pusta, a ona bez nas żywi się tylko herbatą i chlebem. Nie siada z nami do stołu, bo to nie jest jej jedzenie, a jeśli już siada, to gryzie jak wróbel, udaje bardzo skromną i mówi, że nie jest do tego przyzwyczajona. To, co przywozimy jej w prezencie, w postaci rzeczy czy ubrań, ona nie wykorzystuje, a kiedy przyjeżdżamy następnym razem, zaczyna nam to wszystko wrzucać do toreb, mówiąc, że jej to nie jest potrzebne, ale dzieciom się przyda.
Wiemy jednak, że zachowuje się inaczej, gdy są u niej tylko nasze dzieci. Wiemy też, że ona nie żyje na tym samym chlebie, tylko udaje, kiedy my jesteśmy, odgrywając przed nami rolę bezinteresownej altruistki.
Cóż, nie rozumiem, dlaczego to robi. Co jest złego, w cieszeniu się wspólnym posiłkiem, lub w okazywaniu radości z nowego szalika czy swetra? To wszystko jest takie dziwne.
