Moja żona to bardzo spokojna i życzliwa osoba, która w ogóle nie potrafi samej siebie obronić. Przez to jaka jest, zarówno jej rodzina, jak przyjaciele, znajomi, a nawet szefostwo, ciągle ją wykorzystują. Zdają sobie sprawę z tego, że zawsze dostaną od niej cokolwiek, o co ją poproszą, bo ona nie potrafi im odmówić, a mnie to już po prostu irytuje.
Gdy żeniłem się z Basią to byłem świadomy, że wybrałem sobie spokojną, bezkonfliktową kobietę, która momentami jest nawet nieco niepewna swojej wartości. Wtedy zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo nie dochodziło do żadnych sytuacji, które jakoś mogłyby się negatywnie odbić na naszym związku. Niestety, potem było znacznie gorzej, ale było już za późno na jakiekolwiek zmiany.
Matka mojej Basi jest bardzo dominującą kobietą, która podporządkowała sobie zarówno córkę, jak i syna. Syn miał to szczęście, że wyjechał na staż do Kanady i tam założył rodzinę i nie zamierzał wcale wracać do Polski. Basia niestety została na miejscu i była pod ciągłym wpływem matki oraz szybko spełniała wszystko to, czego jej matka sobie akurat zażyczyła. Miałem wrażenie, że żona bałaby się jej nawet odmówić.
Kiedy Basia zrobiła prawo jazdy, została szoferem swojej matki oraz wszystkich jej przyjaciółek. Nikt nie był zainteresowany tym, czy Basi to odpowiada, czy nie – musiała na każde zawołanie wsiadać za kierownicę nawet, kiedy była chora albo miała własne sprawy do załatwienia.
Kilkukrotnie już mówiłem Basi, że powinna się postawić, ale ona ciągle powtarza, że nie może odmówić własnej matce ani jej przyjaciółkom. Przez to często ja musiałem się włączać do sprawy i bronić Basi, kiedy np. mieliśmy w tym czasie coś ważnego do zrobienia.
Wszystko zaczęło się już dzień po ślubie, bo wtedy obudził nas telefon od teściowej, która zarządziła zawiezienia jej na zakupy. Mnie też kazała jechać, bo potrzebowała mnie po to, abym nosił za nią zakupy. Tak był jeden z wielu razy i już kilkukrotnir musiałem walczyć z teściową o nasze życie prywatne, w które ciągle się wtrącała.
Znajome mojej żony – bo “przyjaciółkami” raczej bym ich nie nazwał, odzywały się do niej tylko wtedy, kiedy miały jakiś problem albo chciały pożyczyć pieniądze. Widząc to znów musiałem interweniować i i walczyć z tymi cwaniarami.
Jeśli chodzi o pracę, to najgorsze zadania jakimś dziwnym trafem otrzymuje do wykonania oczywiście moja żona. Przez to niejednokrotnie musiała zostawać po godzinach, oczywiście niepłatnych, albo pracować w weekend. Wykonywała dużo większą pracę przy takiej samej pensji jak inni pracownicy.
Rozmawiałem z nią o tym wielokrotnie, jednak tłumaczenie jej, że nie może sobie na coś takiego pozwalać, nie przynosi żadnych skutków. Niby zgadza się z tym co mówię, ale potem i tak robi to samo, zgadzając się na spełnianie zachcianek mamusi, szefa czy pseudo-przyjaciółek.
Przez to, że walczę o dobro naszej żony, jestem uważany przez wszystkie osoby z jej otoczenia za tego “złego”. Naprawdę staram się odpędzić od niej tych wszystkich darmozjadów, ale sam jestem już tym zmęczony.
Chyba najbardziej złości mnie to, gdy żona powtarza: „no ale co jak mogę zrobić? Jak ja mogę im odmówić?”. Za każdym razem mówię jej, że wystarczy, gdy powie jedno magiczne słowo, którym jest “nie”. Dla mojej żony to za wiele i nie potrafi tego powiedzieć, a ja mam dość ciągłego przeciwstawiania się w jej imieniu.
Muszę przyznać, że Basia jest prawdziwym fachowcem w swoim zawodzie, ale to nie znaczy, że musi wykonywać całą najgorszą robotę za marne wynagrodzenie!
Może też ostatnio już przesadzam, ale przed ślubem Z Baśką taki nie byłem, a teraz chodzę ciągle poddenerwowany.
Kilka dni temu postawiłem żonie ultimatum i powiedziałem jej, że jeśli nie zmieni postawy i nie będzie w końcu sama o siebie walczyć, to za miesiąc składam pozew o rozwód.
Czy dobrze postąpiłem?

