Nie kochałam nikogo zwłaszcza własnej matki. Byłam pewna, że kiedy dorosnę i wyrwę się z tego miejsca, na pewno ją znajdę.
Nie zamierzałam rzucać się na jej szyję i krzyczeć:
Cześć, mamo!
Wolałam po prostu obserwować, a potem zemścić się. Za wszystkie lata spędzone w domu dziecka, kiedy łzy wylewały się ze mnie, matka żyła sobie w przyjemnościach.
Nie wahałam się, że tak właśnie żyje.
W domu dziecka byłam od zawsze od kiedy pamiętam, tak właśnie byłam. Kilkakrotnie mnie przenoszono, bo ciągle się kłóciłam. Nie obchodziło mnie, czy przed mną stoi chłopiec, czy dziewczynka.
Karały mnie, zamykały w izolatce, odbierały słodycze, ale i tak nienawidziłam wychowawców, dzieci i cały świat.
Miałam czternaście lat, kiedy przestałam się bić. Nie dlatego, że nagle kogoś pokochałam, lecz dlatego, że wszyscy i tak się przede mną lękali.
Zaczęło mi się nudzić. Szłam w odległy zakątek podwórka domu i po prostu siadałam. Siadałam i marzyłam o spotkaniu matki i zemście.
Pewnego dnia usłyszałam dziwną melodię. Zatrzymałam się i nasłuchałam to nie przypominało nic znanego. Kochałam muzykę i zawsze milczałam, gdy coś pięknego do mnie dotarło, ale ta melodia Była piękna, lekko smutna, nieco żałobna, a jednak nie mogłam jej rozgryźć.
Wstałam, podeszłam do krzaków akacji i delikatnie je rozsunęłam. Co to za gość? pomyślałam. To był nasz nowy sprzątacz. Już miałam na niego kawał na języku.
Co grał? Nie widziałam go dobrze, a gdy się pochyliłam, nieświadomie wpadłam w krzak.
Mężczyzna przestał grać i odwrócił się w stronę krzaków. Wstałam, otrzepałam się z gniewem i chciałam odejść, lecz wtedy zapytał:
Chcesz nauczyć się?
Dziewczynka w sobie nie mogła uwierzyć. Czy ja? Czy dam radę tak grać? Czy mi się uda?
Zrobiłam krok w jego stronę. Sprzątacz wyglądał na pięćdziesiątkilka lat. Trudno było pojąć, dlaczego w takim wieku wciąż pracuje na dworze.
Codziennie przychodziłam do niego. Najpierw pokazywał mi, jak grać na fletku. Najciekawsze, że sam wytwarzał te drewniane instrumenty będąc jednocześnie zabawnymi i pełnymi wdzięku.
Gdy w moich ustach pojawiły się pierwsze prawdziwe dźwięki melodii, nie mogłam powstrzymać się od objęcia sprzątacza. To był nasz pierwszy dialog.
Nazywał się Mikołaj Petrowicz i mieszkał w małym domku na terenie domu dziecka.
A dlaczego nie masz rodziny, nie masz domu? zapytałem.
Miałem wszystko, Olszo. Dom, bliskich Dziesięć lat temu odeszła moja Katarzyna. Myślałem, że nie przetrwam, gdyby nie syn
Później wziął ślub z piękną, lecz bardzo zachłanną dziewczyną. Najważniejsze, żeby mój Szymon był zadowolony.
Po pięciu latach Szymon rozbił się w wypadku samochodowym. Mieszkanie trzech pokojów w centrum już było przepisane na jego imię.
Dlaczego nie walczyłeś? rzekłem.
Po co, Olszo? Nie mam tu nikogo. Wszyscy, których kochałam, odchodzą. Muszę po prostu przetrwać, dopóki nie przyjdzie moja kolej. Nie potrzebuję nic więcej.
Wtedy poczułam, że nienawidzę teściowej Mikołaja Petrowicza bardziej niż własną matkę. Najpierw myślałam o zemście na teściowej, a dopiero potem na matce.
Kiedy Mikołaj dowiedział się, że w moim wnętrzu kryje się taka dzika bestia, przerażony zapytał, jak radzę sobie z taką nienawiścią. Rozmawialiśmy często. Mikołaj wyczuł, że topię się w lód. Przestałam bić się pod chłopcem, stałam się łagodniejsza.
Zniknęło we mnie pragnienie dowodzenia racji pięścią. Pewnego dnia zapytał:
Olszo, za rok wyjedziesz stąd. Czy wiesz, kim chcesz zostać?
Patrzyłam na niego zagubiona.
Nie nawet nie myślałam. Cały czas planowałam, jak zemścić się mamie.
Załóżmy że zemścisz się. Najpierw musisz ją znaleźć. Nie wiesz, na co wydasz pieniądze, ale to pominiemy. Co potem?
Zamilkłam, poszłam. Nie odwiedziła go tydzień, a potem wróciła:
Chcę budować.
Rok poświęciliśmy na przygotowanie do szkoły budowlanej. Wiedziałam, że studia to zbyt długi krok, może kiedy indziej
Tego wieczoru, kiedy odchodziłam, siedzieliśmy długo na naszej ławce. Już po zmroku wyjeżdżałam do innego miasta, by studiować i mieszkać tam tymczasowo. Płakałam po raz pierwszy od lat.
Mikołaju Petrowiczu, na pewno wrócę do ciebie. Muszę się nauczyć.
Umówmy się. Nie zniknę, a ty musisz dokończyć naukę, stanąć na nogi, a potem przyjedź po spotkanie.
No i co, staruszku?
Na pożegnanie podarował mi flet
Minęło prawie piętnaście lat. Poślubiłam późno, nie potrafiłam znaleźć kogoś, kto mnie pojął. W wieku trzydziestu urodziła się córka, a zaraz po tym rozwiodłam się. Całą radość dawała mi mała Zosiunia.
Teraz mogłam sobie pozwolić na wiele rzeczy. Gdy wreszcie zarobiłam tyle, ile chciałam, zgłosiłam poszukiwania matki.
Wszystko wyjaśniło się szybciej, niż się spodziewałam. Moja matka, biedna samotna kobieta, chcąca urodzić dziecko, dwa miesiące przed porodem dowiedziała się, że jest chora. Zdiagnozowano u niej nowotwór; lekarze dali jej rok życia. Zdesperowana, poddała się decyzji oddała mnie w szpitalu przy porodzie.
Żaden lekarz jej nie potępił. Olszo odnalazła nawet jej grób, przy którym stał wielki pomnik z aniołem.
Często myślałam o Mikołaju Petrowiczu, ale kiedy po latach wróciłam do tego miasta, nie mogłam go znaleźć. Dyrektora domu dziecka już nie było, a cały personel został wymieniony.
Kiedy miałam wolną chwilę, szłam z Zosią do parku. Zosia, śmiejąc się, zawsze chciała ratować cały świat. Do szóstego roku była bardzo rozgarniętą dziewczynką, potrafiła przekonać matkę do każdego wydatku przed parkiem: kupić cukierki wszystkim dzieciom, nakarmić kaczątka bułkami, w upał podać dziesięć porcji lodów. Dziś poprosiła:
Mamo, kup mi proszę kiełbasę, bułkę i napój.
Spojrzałam na nią.
Boję się zapytać, kto tym razem.
Mamo, może lepiej nie wiedzieć? Po co się denerwować?
Zosia, nie jedziemy nigdzie.
Mamo, to stary pan, nie ma domu.
Kto?!
Przez chwilę głowa mi zamigotała. Zosia uśmiechnęła się, jakby mówiła: Mówiłam, że tak będzie.
Mamo, spokojnie. To po prostu starszy człowiek, nie ma nikogo.
Nie prosił, jak inni, bo się wstydził. Znał tyle bajek i wierszy, że nikt nie dorównałby mu. Czyżbyś się bała kiełbasek?
Ja, dorosła kobieta, nie była ostatnią osobą w wielkiej firmie budowlanej, po prostu nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
W ciszy kupiłam wszystko, co Zosia chciała, i ruszyłyśmy w stronę parku.
Zosia usiadła na ławce.
Mamo, tu usiądź, a ja pójdę nad staw. Widzisz, tam siedzi dziadek, to on.
Naprawdę zobaczyłam słabo ubranych staruszek przy dzieciach i trochę się uspokoiłam. Najważniejsze, że córka była przy mnie.
Wieczorem położyłam się z książką na kanapie. Zosia była w swoim pokoju. Nagle usłyszałam znaną melodię.
Cisza. Znów ta sama melodia, którą słyszałam na początku. Pobiegłam do pokoju. Z przerażeniem patrzyłam na córkę.
Mamusiu, obudziłam cię?
Zosia! Co to było?
Ten pan z fletami uczy mnie grać. Nie wychodzi mi początek, a już nie wiem, jak przejść dalej.
Zosia westchnęła gorzko. Trzymała w ręku flet. Patrzyłam na nią łzami w oczach.
Daj, pokażę ci. Ja też miałam trudny start
Zagrałam całą melodię i pęknęłam w płaczu. Wspomnienia przytłoczyły mnie tak, że nie mogłam już powstrzymać łez. Zosia przestraszyła się nie na żarty.
Mamusiu, dlaczego jesteś smutna? Czy to muzyka cię poruszyła? Chcesz, żebym już nie grała w domu?
Kiwnęłam głową na nie. Wyszłam i po chwili wróciłam z tym samym, nieco przyciemnionym fletem.
Zosiu, wiesz, gdzie mieszka ten pan?
Mamo, przy stawie. Ma skrzynki za krzakami.
Chodźmy, kochanie.
Znaleźliśmy go od razu. Zosia krzyknęła:
Dziadku!
I wyskoczył z krzaków.
Co się stało, mała, dlaczego nie w domu?
Mikołaju Petrowiczu, dzień dobry.
Zadrżał, jakby uderzył go piorun. Powoli się odwrócił, wpatrując się w jej twarz.
Olszo, to niemożliwe.
Objęłam go mocno.
Wszystko może się stać. Dość już komarów karmić, chodźmy do domu.
Dokąd?
Do domu, Mikołaju Petrowiczu. Gdyby nie ty, nie miałabym nic. Mój dom jest zawsze twoim domem.
Po drodze Mikołaj wycierał łzy. Przypominały mu, jak długo je nosił, skąd się wzięły i jak bardzo mu brakuje. Gdyby nie Olszo, trzymająca go mocno za rękę, upadłby dawno wcześniej.
Teraz miał w sercu przekonanie, że nie zostanie sam wśród ciemności i nigdy nie będzie już niepotrzebny.






