Ostatnia szansa, aby nie przegapić swojego szczęścia.

Mam przyjaciela, sąsiada z dołu, Jonasza, który jest behawiorystą zwierząt, gównie psów. To jego prawdziwa pasja. Pół życia spędził na granicy jako oficer straży granicznej. Potem zrezygnował, wrócił do domu i dostał pracę w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. W międzyczasie zaczął studia podyplomowe z zakresu behawiorystyki zwierzęcej, całkiem hobbystycznie, gdyż chciał lepiej rozumieć swojego psa. Na co dzień spełnia się w pracy zawodowej i nie ma lepszego pracownika niż on. Po skończonych studiach postanowił po godzinach prowadzić własną działalność. Klientów mu nie brakowało, a wręcz rosła lista oczekujących, którzy chcieli nauczyć swoje psy odpowiednich zachowań.

Ale trzeba też myśleć o sobie, prawda? Jonasz był już po czterdziestce, nigdy nie był żonaty. Cała jego rodzina to owczarek niemiecki. A wiadomo, że jeśli czterdzieści lat dom człowieka nie jest wypełniony śmiechem dzieci, to wypełnia się pustymi butelkami. Jonasz zaczął więc po cichu szukać partnerki życiowej.

Ale gdzie ją znaleźć? Na początek rozejrzał się po swoim wewnętrznym kręgu klientów. Tylko chyba podczas długich lat ciężkiej służby na granicy zupełnie zatracił umiejętność flirtowania… Ale z klientkami przynajmniej miał jakiś wspólny temat do rozmów i stanowił dla nich swego rodzaju autorytet. No i był całkiem przystojny i dobrze zbudowany, a to też ponoć ważne.

I tu właśnie pojawia się ona, pani jego marzeń, z tradycyjnym pytaniem: „Czy nie spojrzałby pan na mojego psa, aby sprawdzić, czy da radę nauczyć go posłuszeństwa i obrony? Powiedziano mi, że jest pan mistrzem w swoim fachu!”. Od pierwszego wejrzenia wiedział, że nie może jej wypuścić! „Cóż, dlaczego miałbym nie spojrzeć? Przyprowadź swojego psa jutro koło piątej”.

I następnego dnia, punktualnie o piątej pojawiła się kobieta. Jonasz zaskoczony spytał: „Gdzie ten twój straszny pies?” A kobieta ze spokojem wyjęła z torebki swojego Maltańczyka. Mężczyzna aż wytrzeszczył oczy ze zdumienia i na wszelki wypadek dopytał ściszonym głosem: „To taki żart, prawda?” Kobieta ze zdumioną miną zapytała: „A niby czemu to jest żart?”. „Przecież to nie jest pies obronny, tylko ozdobny”. – odpowiedział Jonasz. „I co z tego?” – pani była znowu zaskoczona. – „Można ją nauczyć kilku specjalnych komend i sztuczek! Nie daj się zwieźć jej gabarytom, wbrew pozorom to bardzo odważny i mądry pies! Brakuje jej tylko trochę umiejętności, ale jest bardzo dobrą strażniczką”.

„Co to za strażniczka?” – oburzył się specjalista, czując już irytację z powodu nieudanego romansu. – „Co za bzdury pani opowiada? Ona się posika ze strachu jak tylko zobaczy but!”. Machnął ręką, odwrócił się i poszedł dokończyć zajęcia z innym klientem, a kobieta położyła psa na podłodze i w zakłopotaniu potrząsnęła rękami. Po czym zaczęła obserwować, jak szkoli się prawdziwe, duże psy. I rzekła do swojej pupilki: „Patrz, Żulia, ucz się!” Stały tak obie i przyglądały się jak Jonasz w kamizelce ochronnej i bawełnianym rękawie udaje złoczyńcę atakującego bezbronną ofiarę. Jednak trenowany owczarek niemiecki jakoś nieudolnie stara się odczytać co ma teraz zrobić i tylko plącze się pod nogami mężczyzny. Złoczyńca, udając strach i przerażenie, startuje biegiem, jakby przestraszony przez wściekłego psa. Właściciel wydaje komendę do zatrzymania go, a owczarek, niechętnie skręcając swój przekarmiony zadek, zaczyna naśladować rodzaj pościgu. Pies traci prędkość na rzecz powolnego złoczyńcy, a w tle właściciel woła rozkazująco, by pies obezwładnił napastnika. Krótko mówiąc, dzieje się dużo mocno udawanych scen, ale i tak jest to fascynujące. Oglądający to właściciel owczarka też powoli angażuje się w fabułę, a nawet zaczyna klaskać w dłonie i podskakiwać, jak podczas oglądania ulubionego serialu. Fabuła zmierza ku swemu smutnemu finałowi – złoczyńca gotów jest uciec w najbliższe krzaki zupełnie bezkarnie, biedny owczarek zmaga się z dusznościami i trudnością w ruchu. To właśnie wtedy zdarzają się nieprzewidziane sytuacje – po raz kolejny właściciel owczarka podskakuje, głośno klaszcze w dłonie i z rozpaczą krzyczy do psa: „Złapiesz go, wreszcie?”.

I w tym momencie pies, o którym wszyscy zapomnieli, robi zdziwione spojrzenie na swoją właścicielkę, rozpędza się, stając się małą białą kulką, niepostrzeżenie mija owczarka, na którym skupiona jest cała uwaga obserwujących i w locie łapie napastnika za niczym niechronione ścięgno Achillesa i wisi na nim. Prycha i warczy złowieszczo aż w końcu Jonaszowi udaje się go odczepić od bolącej nogi na ziemię.

Tak się złożyło, że musiał trafić na oddział urazowy. Ścięgno było naderwane. Właścicielka dała burę pieskowi i oczywiście była bardzo zakłopotana całą sytuacją. Potem odwiedzała chorego, przynosiła mu owoce, rosół w garnku i wyprowadzała na spacer jego psa Wegę. Następnie, trzy miesiące później, gdy jego noga całkowicie się zagoiła i Jonasz mógł chodzić bez kuli, wzięli ślub. Cóż, ich psy też jakoś się dogadały, a było im zdecydowanie łatwiej.

Taka prosta historia o małym, ale dzielnym piesku i niezamężnym, ale doświadczonym behawioryście zwierząt.

P.S. Tak. Fani prawdziwych historii, oczywiście, mogą natychmiast zacząć kwestionować, jak taki mały pies mógł poważnie uszkodzić ścięgno dorosłego człowieka. Będę szczera, ja również zadręczałam się tym pytaniem, aż w końcu, kilka lat później, gdy ich dom wypełnił się wreszcie radosnym śmiechem dzieci, Jonasz w zaufaniu powiedział mi prawdę. I nawet zdradził mi kwotę, jaką musiał zapłacić chirurgowi na oddziale urazowym, żeby postawił właściwą diagnozę, łamiąc zasady etyki lekarskiej. Bo, bez względu na wszystko, to była ostatnia szansa Jonasza na znalezienie szczęścia.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

7 − 6 =

Ostatnia szansa, aby nie przegapić swojego szczęścia.