Kiedy wróciłem do domu, wszędzie panował chaos. W mieszkaniu unosił się zapach alkoholu, w kuchni stos brudnych naczyń, a lodówka była pusta. Moja żona siedziała na kanapie z nieobecnym spojrzeniem i butelką w ręku.
– Czy powiedzieli Ci, czy go wypuszczą?
– Nie, przyznał się. Musi czekać na proces.
– Nie! Jest jeszcze taki młody, ma całe życie przed sobą.
– Ale to on to zrobił. Twój syn już nie jest małym chłopcem, ma 25 lat.
– Weź winę na siebie, powiedz im, że to Ty to zrobiłeś, uratuj mojego syna.
– Zwariowałaś?
– Mamy nasze życie, nasze sprawy, małą córkę, nie mogę tego zostawić.
– To nie jest ważne, uratuj mojego syna!
Odepchnąłem moją żonę, siadła z powrotem na kanapie i zaczęła płakać w poduszkę. Z pokoju wyszła nasze córka, pięcioletnia Maja.
Ożeniłem się kilka lat temu, wszystko było dobrze. Wiedziałem, że żona ma dorosłego syna z pierwszego małżeństwa, mieszkał on w innym mieście. Kontakt z nim był ograniczony, ojciec chłopca siedział w więzieniu. I teraz syn zdecydował pójść w ślady ojca, dopuścił się okrutnych czynów.
Zabrałem moją córkę, wziąłem wszystkie jej rzeczy i wyjechaliśmy z tego miasta do mojej matki.
Po pewnym czasie postanowiłem wrócić i przekonać moją żonę do trzeźwości, próbować znowu zbudować rodzinę. Ale to było daremne. Obwiniała mnie, że nie wziąłem winy na siebie za jej syna. A teraz chłopiec musi odsiedzieć kilka ładnych lat. Moja żona zupełnie nie interesowała się, jak rośnie nasze drugie dziecko – Maja.
Wczoraj minęło już trzy lata. Ja i moja córka znaleźliśmy się w naszym mieście, musieliśmy załatwić kilka urzędowych spraw. Przechodziliśmy obok kościoła i zauważyliśmy żebraczkę przy wejściu. Od razu rozpoznałem w niej moją byłą żonę, zaczęła uciekać wzrokiem. Maja nie rozpoznała matki, całe szczęście.







