Pracowałam w tej pracy już od trzech miesięcy, kiedy zmarł mąż mojej szefowej. Akurat mieliśmy okres sprawozdawczy, więc moja szefowa – jako wzór odpowiedzialności – była w pracy już na następny dzień po pogrzebie. Uzgodniliśmy z kolegami, że będziemy ją wspierać na wszelkie sposoby. Tego dnia akurat przyszła moja kolej. Wracałyśmy z obiadu, gdy podbiegła do nas dziewczyna z innego działu:
– Proszę Pani, jeszcze raz najszczersze kondolencje. Muszę coś jednak powiedzieć. Dzisiaj śnił mi się Pani mąż…
Sama czułam zażenowanie, ale szefowa utrzymała spokój i sucho zapytała:
– Dziękuję, coś jeszcze?
– Prosił, abym przekazała, że spotkał się z córką. Ale przecież nie ma Pani dzieci…
Szefowa podziękowała jej i poszłyśmy dalej. Jak tylko weszłyśmy na nasze piętro, szefowa zatrzymała się i trzymając się za ścianę nagle powiedziała:
– Przecież miałam córkę. Prawda, odeszła kiedy była jeszcze mała. Mój mąż, zdając sobie sprawę, że na tym świecie nie ma już dla niego dużo czasu, zapewniał mnie, że jak tylko spotka córkę, choćby miał poruszyć Niebo, da mi znać… Tylko nie rozumiem, dlaczego śnił się nieznanej mu kobiecie, a nie mnie?
Szefowa usiadła na ławce, długo milczała, a potem powiedziała:
– Ale mąż wszystko zrobił dobrze. Gdyby śnił się mi, po prostu uznałabym, że podświadomość podaje mi marzenia za rzeczywistość. A tak, przez nieznajomą kobietę, abym miała pewność.
Potem spojrzała na mnie i spokojnie powiedziała:
– To znaczy, że jest tam życie – tam, po tamtej stronie…






