Z Ingą poznaliśmy się już dawno temu i bardzo się w sobie zakochaliśmy. Kiedy jej się oświadczyłem, bez wahania powiedziała “tak”. Rodzice mojej żony byli porządnymi ludźmi, dogadywałem się z nimi, a oni nie ingerowali w nasze życie, więc my także nie wtrącaliśmy się do ich spraw. Z żoną także nam się świetnie układało i wydawało się, że wszystko będzie jak w bajce, ale nagle żona zaczęła coraz później wracać do domu, zaczęła być jakaś poddenerwowana. Nie rozumiałem, dlaczego jej nastrój ciągle się zmienia – potrafiła być czuła, troskliwa, a kilka minut później robiła się już agresywna lub wściekła.
Zaczęła nie tylko znikać gdzieś i późno przychodzić, ale również coraz więcej piła. Ja oraz nasze dzieci tylko ją denerwowaliśmy i kiedy tylko wracała do domu musieliśmy uważać na to, co robimy lub co mówimy, aby tylko nie doprowadzić jej do furii. W ogóle zacząłem jej unikać i żyłem z nią w jednym mieszkaniu jak współlokator, a nie jak mąż. Nie znałem odtąd innego życia, bo przestała w ogóle trzeźwieć i tak naprawdę ciągle była pijana. Nie wiem, jak to mogłoby się skończyć, gdybym się nie odważył i nie opuścił żony, zabierając ze sobą dzieci. Było to spowodowane tym, że pewnego dnia weszła do pokoju mówiąc jak wariatka, że ma nas dość, więc lepiej, jeśli znikniemy, a potem zaatakowała mnie nożem.
Jak zwykle była pijana, więc udało mi się ją obezwładnić, a potem szybko zebrałem dzieci i wyszliśmy z mieszkania. Zadzwoniłem do teściowej, powiedziałem, że boję się żony, że chyba już zwariowała. Przyjechali szybko, a potem powiedzieli mi, że przez długi czas ukrywali przede mną to, że ich córka chorowała wiele lat i była leczona psychiatrycznie, a teraz najwyraźniej choroba wróciła. Próbowałem jeszcze z nią porozmawiać, ale ta kazała się od niej odczepić, bo ona ma już nowego faceta. Wtedy powiedziałem, że w takim razie chcę rozwodu, a wówczas jej rodzice oskarżyli mnie o to, że zostawiam ich córkę samą w chorobie. Ja już jednak nie mogę tak żyć.
