Papuga Kajtek i rachunek za truskawki z Biedronki

Beata Zawadzka wróciła z nocnej zmiany w szpitalu przy ulicy Grunwaldzkiej i od razu poczuła, że coś jest nie tak. Nie w mieszkaniu — w telefonie. Aplikacja Amazon Alexa, którą syn podłączył jej pod choinkę w zeszłym roku, pokazywała historię zamówień. A na liście zakupów, którą prowadziła od tygodni, ktoś dopisał rzeczy, których nigdy tam nie było.

Arbuz. Rodzynki. Brokuły. Lody waniliowe. Latawiec. I żarówka do lampy w przedpokoju, choć stara wcale się nie przepaliła.

Beata mieszka sama w kawalerce na Bielanach we Wrocławiu, jeśli nie liczyć Kajtka — szarej papugi żako, którą dostała po śmierci matki. Ptak trafił do niej pięć lat temu i od początku miał talent do naśladowania głosów. Umiał powiedzieć "dzień dobry" głosem sąsiadki zza ściany, umiał zaśmiać się dokładnie tak, jak śmiała się matka Beaty, kiedy oglądała telenowele. To bawiło, czasem trochę straszyło — ale nikt nie przypuszczał, że pójdzie dalej.

Pierwszy raz Beata pomyślała, że to jakiś błąd systemu. Zadzwoniła na infolinię, tłumaczyła, że nie zamawiała rodzynek, że w ogóle ich nie je, bo ma problem z cukrem. Konsultant grzecznie wyjaśnił, że zamówienie zostało złożone głosowo, z jej konta, w środę o czternastej trzydzieści dwie. A o czternastej trzydzieści dwie w środę Beata stała przy łóżku pacjenta na oddziale kardiologii, o dwadzieścia kilometrów od domu.

Wróciła tego dnia wcześniej niż zwykle, bo skończyła się jej zmiana wcześniej. Otworzyła drzwi cicho, żeby nie budzić sąsiadów zza cienkiej ściany, i usłyszała w kuchni głos urządzenia, ten sam metaliczny, spokojny ton, jakim Alexa zawsze odpowiada.

— Dodałam brokuły do listy zakupów — powiedziało urządzenie.

A zaraz po tym, z klatki stojącej na parapecie, odezwał się Kajtek, powtarzając swoim, ptasim, trochę zachrypniętym głosem:

— Alexa, zamów lody.

Beata stanęła w progu kuchni z kluczami jeszcze w ręku. Papuga przechyliła łepek, jakby czekała na pochwałę, i powtórzyła całą frazę jeszcze raz, tym razem wyraźniej, z naciskiem na "zamów", którego nauczyła się chyba z reklamy w telewizji.

Okazało się, że przez ostatnie trzy tygodnie, kiedy Beata pracowała na nocki albo wychodziła na zakupy do Biedronki przy rondzie, Kajtek zostawał sam w mieszkaniu z włączonym głośnikiem. Nudził się. A urządzenie reagowało na dźwięk, niekoniecznie na człowieka.

Beata usiadła przy stole i zaczęła przewijać historię zamówień wstecz, kartka po kartce w aplikacji. Osiemnaście prób. Cztery zakończone sukcesem, bo akurat wymówił frazę na tyle wyraźnie, że system ją rozpoznał. Reszta to były niedokończone polecenia, próby, powtórki, jakby ptak metodą prób i błędów uczył się, która kombinacja słów działa.

Zapłaciła za arbuza, rodzynki, brokuły i lody — łącznie sto dwanaście złotych, bo Kajtek zdążył też zamówić drugą paczkę lodów, kiedy pierwsza nie przyszła wystarczająco szybko. Latawiec i żarówka utknęły gdzieś w koszyku, niedokończone zamówienia czekające na potwierdzenie głosowe, którego nikt nie wypowiedział.

Zadzwoniła do syna, Tomka, który mieszkał w Legnicy i pracował w serwisie komputerowym. Śmiał się tak długo, że musiała odłożyć telefon na chwilę i zaparzyć herbatę, żeby przestał.

— Mamo, on cię okrada — powtarzał przez łzy śmiechu. — Trzeba mu zablokować dostęp do karty.

Nie był to żart bez podstaw. Tomek przyjechał w weekend, wziął jej telefon i pokazał, że w ustawieniach Alexy można włączyć rozpoznawanie głosu właściciela, żeby urządzenie nie reagowało na przypadkowe dźwięki. Ustawił kod głosowy do zatwierdzania zakupów — cztery cyfry, które trzeba było wypowiedzieć po każdym zamówieniu. Rzecz, której nikt wcześniej nie pomyślał ustawić, bo po co, skoro w domu mieszka tylko ona.

Kajtek siedział na swojej żerdce podczas tej całej rozmowy i obserwował ich obu z uwagą, jakby rozumiał, że mówią o nim. Beata przyłapała się na tym, że patrzy na niego inaczej niż wcześniej — nie jak na zabawnego ptaka z talentem do naśladowania, tylko jak na kogoś, kto naprawdę potrafił zauważyć wzorzec i go wykorzystać. Zaczęła się zastanawiać, ile razy próbował, zanim mu wyszło. Ile razy usłyszał od urządzenia "przepraszam, nie zrozumiałam", zanim trafił na właściwą intonację.

Wieczorem, kiedy Tomek już wyjechał, Beata usiadła w kuchni z kubkiem rumianku i zaczęła czytać ptakowi na głos artykuł, który ktoś jej przesłał na grupę emerytek z pracy — o papudze o imieniu Rocco z Anglii, która robiła dokładnie to samo swojej właścicielce. Kajtek słuchał, przekrzywiając głowę to w jedną, to w drugą stronę, i w pewnym momencie, gdy Beata doszła do fragmentu o lodach, wtrącił się:

— Zamów lody.

Roześmiała się głośno, pierwszy raz od dawna tak, że aż zabolało ją w boku. Odłożyła telefon i wstała, poszła do lodówki, wyjęła resztkę wafelka truskawkowego, który akurat miała, i podała mu przez pręty klatki.

— Sam sobie kupiłeś, to zjedz — powiedziała.

Kajtek wziął kawałek dziobem, ostrożnie, i przez chwilę patrzył na nią, jakby czekał na kolejne polecenie do powtórzenia. Beata zamknęła aplikację, odłożyła telefon obok czajnika i włączyła radio — stację, w której akurat leciała stara piosenka Maryli Rodowicz, ta sama, którą kiedyś nucła jej matka przy praniu. Rachunek za sto dwanaście złotych zapłaciła bez żalu. Kod głosowy zostawiła włączony na stałe, ale klatkę przysunęła bliżej stołu, żeby Kajtek nie siedział sam w kuchni, kiedy jej nie ma.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

17 − 2 =

Papuga Kajtek i rachunek za truskawki z Biedronki